Tym razem nie pozwoliłam sobie na
zaspanie ani spóźnienie do tej pieprzonej budy. Wstałam jeszcze
zanim zadzwonił budzik i zaczęłam się szykować. Rodziców
oczywiście już nie było, a ja w kuchni znalazłam tylko karteczkę,
na której było napisane, że śniadanie musimy sobie zrobić sami,
bo mama zaspała. Ha! Byłam lepsza! Zgniotłam karteczkę i
wrzuciłam ją do kosza pod zlewem. Nie budziłam jeszcze Chrisa.
Zrobiłam jajecznicę, poukładałam wszystko na stole i dopiero
wtedy poszłam go obudzić. Zawsze było lepiej, gdy śniadanie na
niego czekało, bo inaczej wyżerał wszystko po kolei. Weszłam do
pokoju brata i zaczęłam nim delikatnie szturchać, szepcząc, że
musi już wstawać. Miałam jakiś taki lepszy humor, dlatego
postanowiłam być dla niego milsza. Szybko się obudził i razem
poszliśmy do kuchni. Na widok jajecznicy oczy mu się zaświeciły,
tym bardziej że zrobiłam jego ulubioną. Usiadł i zaczął ją
wręcz wciągać.
- Kocham cię, siostra!
Zaśmiałam się.
- Wiem, wiem. Jedz.
Zjadł i to w kilka minut. Poszedł się
ubrać, a ja w tym czasie pozmywałam. Nawet fajnie było być „panią
domu”. Zresztą często musieliśmy radzić sobie sami, bo rodzice
zawsze pracowali. I jak widać, nie zapowiadało się na zmiany.
Musiałam przypomnieć Chrisowi o
papierach zgłoszeniowych, bo przecież skleroza zapomniała. W końcu
jednak wyszliśmy z domu i udaliśmy się na przystanek. Przed szkołą
mojemu bratu opadła kopara jak mnie wczoraj.
- Cholera, nie dziwię się, że się
zgubiłaś. Jest ogromna!
- I ma pełno zakamarków - dodałam,
kręcąc głową.
Weszliśmy na dziedziniec, a moje oczy
od razu napotkały tego czerwonowłosego ciołka. Jak mu tam?
Kastiel! Patrzył na nas. Minęliśmy go i weszliśmy do szkoły.
- No dobra, siostra, prowadź.
Zaprowadziłam go od razu do pokoju
gospodarzy, żeby nie marnować czasu u dyrektorki. Przecież i tak
by nas do niego odesłała. Zapukałam w drzwi i po cichym
zaproszeniu weszliśmy do środka. Na biurku Nataniela dalej panował
istny bu... nieporządek.
- Hej. To jest właśnie mój brat,
Christopher Molière.
Natan
przyjrzał się Chrisowi, potem mnie. No tak, nie byliśmy za bardzo
do siebie podobni, charakterami też nie.
-
Tak, na pewno jesteśmy rodzeństwem - burknęłam dość chamsko,
wywracając oczami, bo za długo się na nas gapił.
Chłopak
odchrząknął.
-
Wybaczcie - mruknął pod nosem. - Mam nadzieję, że masz przy sobie
wszystkie potrzebne dokumenty?
Chris
wyjął z plecaka teczkę i podał ją blondynowi. W sumie to obaj
byli blondynami, tyle że Chris trochę ciemniejszym. Nat przejrzał
teczkę i skinął głową.
-
Wszystko w porządku. Możecie iść na lekcje.
-
Czyli gdzie? - spytałam.
Wytłumaczył
nam gdzie są nasze klasy. Rozeszliśmy się. W klasie usiadłam koło
Rozali i zamiast słuchać nauczycielki, plotkowałyśmy szeptem.
-
Przepraszam! - rozbrzmiał nagle głos nauczycielki. - Ostatnia
ławka, czy ja paniom nie przeszkadzam?
-
Przepraszamy... - wydukałyśmy jednocześnie. Przez resztę lekcji
siedziałyśmy cicho.
Kiedy
wyszłyśmy z sali, Roza zapytała, czy poradziłam sobie wczoraj ze
zwiedzaniem szkoły.
-
Nie bardzo, zgubiłam się. - Zaśmiałam się. - Ale Kastiel mi
pomógł, a potem odprowadził do domu.
-
Kastiel?! Nasz Kas? Ten z czerwonymi włosami?
-
No, ten sam. Znalazł mnie siedzącą pod ścianą i chyba zrobiło
mu się mnie żal.
Widać
było, że białowłosa jest w szoku. Mówiłam, że ten
czerwonowłosy debil to jakiś typ spod ciemnej gwiazdy! Dziewczyna
mnie tylko w tym przekonaniu utwierdziła. Szybko odbiegła od tematu
buntownika i pociągnęła mnie gdzieś, szczebiocząc, że muszę w
końcu poznać Lysia. Jeszcze go nie znałam, a już mu współczułam
ksywki... Roza zaprowadziła mnie do chyba piwnicy, bo były tam
różne szpargały i pudła. Ale nie tylko, bo jeszcze Kastiel i...
koleś w dziwnym stroju. Skąd on się urwał?
-
Hej, chłopaki! - przywitała się moja koleżanka i pomachała
Kastielowi, a temu drugiemu rzuciła się na szyję. Ja stanęłam
bardziej na uboczu, mając nadzieję, że o mnie zapomni, a wtedy ja
się zmyję. - Co robicie?
-
Gramy - odparł nieznajomy mi chłopak, choć przypuszczałam, że to
ten „Lysio”. Matko... - A raczej próbujemy, bo Kas jest dzisiaj
jakiś rozkojarzony...
Spojrzałam
na Kasa, a on na mnie. I co się gapisz? Dopiero teraz zauważyłam,
że przez głowę ma przewieszony pasek od gitary. No i gitarę
oczywiście.
-
Przyszłam wam przedstawić Natalie. Natalie, to jest właśnie
Lysio. - Wskazała na chłopaka z białymi włosami. Jak się
przyjrzałam tej dwójce dostrzegłam, że ich włosy są
identycznego koloru.
-
Lysander. - Białowłosy kompletnie olał skrót Rozalii i
przedstawił się pełnym imieniem, wyciągając do mnie rękę.
Podałam mu dłoń, a on ją ucałował! Spaliłam buraka. - Miło
mi.
-
N-Natalie... Mnie również...
Boże,
od kiedy ja się jąkam?! Ogarnij się, dziewczyno! Spojrzałam w
jego oczy. O matko, dwukolorowe! To było zarówno przerażające,
jak i fascynujące.
-
Dobra, chodź. Musisz poznać resztę. - Roza wyciągnęła mnie z
piwnicy.
Wlokła
mnie po całej budzie i przedstawiała różne osoby. Poznałam
przemiłą i uśmiechniętą Iris, nieśmiałą Violettę, niezbyt
miłą i zdystansowaną Kim i cichą Klementynę. Ach, i dowiedziałam
się, że trzy paniusie, które wczoraj mnie spławiły to tutejsza
„świta”. Amber, Li i Charlotte faktycznie nie tolerują nowych.
W sumie to nie tolerują żadnych dziewczyn, uważając je za gorsze
od siebie. Nie znoszę takich dziewuch.
-
Wreszcie! - Usłyszałam głos mojego brata. - Szukam cię i szukam.
-
Stało się coś?
-
W sumie to nie. Bałem się, że znów się zgubiłaś i szukając
cię, sam się zgubiłem. - Zaśmiał się, ja zresztą zaraz za nim.
-
Poznajcie się, to Chris, mój brat, a to Rozalia.
Spojrzeli
na siebie i oboje się uśmiechnęli. A to co miało być? Roza, ty
masz faceta! Odchrząknęłam cicho, żeby przypomnieć im o swoim
istnieniu, bo chyba zapomnieli. Popatrzeli na mnie.
-
Co jest? Przeziębiłaś się? - spytał mój brat.
Prychnęłam
cicho. Na moje szczęście zadzwonił dzwonek na kolejną lekcję i
poszliśmy do sali. Tym razem nie dyskutowałyśmy, ale też nie
skupiałyśmy się za bardzo na lekcji. Po prostu każda była
pogrążona we własnych myślach. Po lekcji wyszłyśmy na
dziedziniec, zabierając ze sobą Chrisa, żeby sierota znowu się
nie zgubiła. Tam znów był Kastiel. To chyba było jego ulubione
miejsce w tej szkole. Rozalia pokazała nam ogród i dziwiła się,
że dyrektorka jeszcze nie kazała nam się zapisać do któregoś
klubu. Kiedy zapytałam o jakich klubach mówi, uznała, że pewnie
niedługo się dowiem. Super.
Wróciliśmy
do szkoły. Białowłosa gdzieś poleciała, a nas dorwała dyra.
-
Kochani! - Klasnęła w dłonie. Matko, z nią jest coś nie tak. -
Każdy nowy uczeń naszej szkoły musi zapisać się do jednego z
naszych klubów. Macie do wyboru dwa - klub koszykówki i ogrodników.
Proszę...
-
Ja wybieram klub koszykówki! - przerwał jej Chris, podnosząc rękę,
jakby się zgłaszał do odpowiedzi.
-
Młody człowieku, nieładnie przerywać komuś w półzdaniu. -
Zmroziła go wzrokiem, a on chyba nawet trochę się skulił. - A ty,
młoda damo? Wiesz już do jakiego klubu chcesz uczęszczać? Może
do tego samego co brat?
Nie
ma mowy. Chociaż w tej kwestii nie będzie mnie denerwował. Poza
tym nienawidzę sportu. Kwiatów zresztą też, no ale...
-
Nie, proszę pani. Dla mnie idealny będzie klub ogrodników.
-
Dobrze, w takim razie idźcie teraz do swoich klubów i sprawdźcie,
czy nie trzeba tam pomóc.
Poszła
sobie.
-
Natuś, a gdzie jest ten mój klub? - spytał cicho Chris.
Dobre
pytanie. A niby skąd ja mam wiedzieć? Trzeba znaleźć Rozalię.
Ale Rozalii nigdzie nie było, za to znów pojawił się ten głupek
z czerwonymi włosami. Typowy buntownik. Tylko czemu postanowił
zjawić się w szkole akurat teraz?! Widział, że czegoś szukamy i
spytał złośliwie, czy znów się zgubiłam. Och, gdyby wzrok mógł
zabijać...
-
Gdzie jest klub koszykówki? - spytałam twardo, ignorując
kompletnie jego złośliwą uwagę.
-
A co dostanę za wyjawienie wam tego?
-
Moją dozgonną wdzięczność - odparłam przesłodzonym tonem.
Jeszcze czego. Nie zasługuje na nic w zamian. Pomaga nam i papa albo
nie pomaga i... radzimy sobie sami!
-
Pff, to mało. - I znowu ten złośliwy uśmieszek. Nienawidzę go!
-
Dobra, poradzimy sobie sami. - Odwróciłam się i pociągnęłam
brata w przeciwnym kierunku, oddalając się od tego typa.
-
Tak jak poradziłaś sobie wczoraj?
Pokazałam
mu środkowy palec, nie zatrzymując się.
-
O czym on mówił? - odezwał się Chris. Do tej pory milczał, co
nie było w jego stylu. Dla mnie lepiej. Kiedy się odzywał, i tak
nie miał nic sensownego do powiedzenia.
-
Yyy... nie wiem. Cholera wie co takiemu siedzi w tym czerwonym łbie,
nie?
Na
szczęście mój brat nie zaczaił, że coś kręcę. Skinął tylko
głową i znów zamilkł. Uff. Wyszłabym na sierotę, która gubi
się w budynku szkoły i dostaje pomoc od swojego „wroga”. Toż
to niczym historia z horrorów. Masakra.
W
końcu natknęliśmy się na chłopaka z dwukolorowymi tęczówkami,
Lysandra. Pomógł nam znaleźć klub koszykówki, nie wspominając
nawet słowem o czymś w zamian za pomoc. Miły chłopak. Zostawiłam
brata w sali gimnastycznej, bo to tam był ów klub, a sama poszłam
do ogrodu. Wcześniej nie przyglądałam się kwiatom, bo nie
sądziłam, że będę musiała się nimi zajmować. Były dość
podniszczone. I co, mam sama je pielęgnować? Nie znam się na tym!
Na szczęście zza jednej donicy wyłonił się chłopak w brzydkiej
czapce i ogólnie brzydkim ogrodniczym stroju.
-
Hej - zaczęłam. - Ty zajmujesz się ogrodem?
-
Tak, jestem Jade. A ty to...?
-
Natalie. Zdaje się, że będę ci pomagać.
-
Serio? Raczej mało kto zapisuje się do tego klubu.
-
Przecież w szkole jest dużo dziewczyn. Wątpię, żeby wolały
koszykówkę.
-
Jest jeszcze klub muzyczny. Jedynie Violetta tutaj przychodzi, ale z
nią ciężko się współpracuje.
-
Czemu? Jest niekumata?
-
Nie, bardzo nieśmiała i przez to wstydzi się mnie o cokolwiek
pytać, przez co cierpią rośliny.
O
rany. Mam nadzieję, że ten koleś nie pokłada we mnie jakichś
wielkich nadziei na uratowanie kwiatków...
Ogólnie
z Jade'm gadało mi się nawet spoko, miły jest. Nie darł się na
mnie, gdy czegoś nie kumałam, tylko spokojnie tłumaczył. To mi
się podobało, bo nie musiałam być wredną suką i się z nim
kłócić. W ogrodzie spędziliśmy całą przerwę, następną
lekcję i kolejną przerwę, bo się zagapiliśmy i zagadaliśmy.
Będzie kolejna zjebka, super.
Do
szkoły weszliśmy razem, skupiając na sobie wszystkich na głównym
korytarzu. Niestety Jade nie chodził z nami do klasy, więc musiał
mnie zostawić. Długo sama nie byłam, bo zaraz podbiegła do mnie
Rozalia.
-
Jak ci się to udało? - pisnęła podekscytowana.
-
Niby co?
-
Dotrzeć do Jade'a! Przecież to typ samotnika, kochający tylko
kwiaty!
-
Odniosłam inne wrażenie. - Wzruszyłam ramionami, idąc pod naszą
klasę, kończąc tym samym temat Jade'a. Roza za bardzo się
podniecała.
Fizyka
minęła mi bez większych nieprzyjemności. Nie wychylałam się,
nie szeptałam z Rozalią, starałam się słuchać nauczycielki.
Reszta dnia w szkole też minęła mi spokojnie, ale ja i tak
dziękowałam niebiosom, gdy zadzwonił ostatni dzwonek. Rozalia się
uparła, że pójdzie z nami. Nie chciało mi się leźć przez całe
miasto jak wczoraj z Kastielem, więc pojechaliśmy autobusem. Gdy
byliśmy niedaleko naszego domu, Roza się zapowietrzyła.
-
Tu mieszkacie?
-
No.
-
Kilka ulic dalej mieszka Leo z Lysiem, a nieco dalej jest sklep Leo!
Muszę cię kiedyś tam zabrać - dodała, patrząc na mnie
krytycznym wzrokiem.
-
Coś ci się we mnie nie podoba?
-
No... to i owo można by zmienić.
Chris
parsknął śmiechem, a ja strzeliłam go w łeb. Popchnął mnie.
Roza zachichotała.
Zaprosiliśmy
dziewczynę do nas, ale powiedziała, że wpadnie innym razem, bo
teraz jest umówiona. Pewnie z Leo. Zrobiłam obiad, bo rodziców jak
zwykle nie było. Szczerze mówiąc, miałam już tego dość. Czasem
chciałabym wrócić do domu, gdzie czekałaby na mnie mama z ciepłym
obiadem, zapytałaby jak było w szkole. Żeby po prostu się mną
interesowała. Bo jak na razie oboje z ojcem interesują się tylko
swoją pracą. Inni rodzice jakoś pracują i mają jeszcze czas dla
swoich dzieci.
Zjedliśmy,
po czym oboje zamknęliśmy się w swoich pokojach. Mieliśmy się
uczyć, ale sądząc po odgłosach z pokoju obok, mój braciszek znów
przepadł w wirtualnym świecie. Jak tak można? W pewnym momencie
rozdzwoniła się moja komórka, a że byłam skupiona na pisaniu
pracy domowej, aż podskoczyłam na dźwięk dzwonka. Wzięłam kilka
głębszych wdechów i odebrałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
-
Halo...
-
Rany, co ci jest?
Przez
chwilę próbowałam rozkminić z kim „rozmawiam”, aż w końcu
mnie olśniło. Rozalia. Kiedy nas odprowadzała, wymieniłyśmy się
numerami telefonów.
-
Przestraszyłaś mnie. Znaczy telefon... Nieważne. Coś się stało,
że dzwonisz?
-
O jejku, musiało się coś stać?
-
No w sumie nie...
Ok,
tym mnie zawstydziła. To moje pytanie było trochę chamskie.
-
Szykuj się, zaraz u ciebie będziemy.
-
„Będziemy”? Znaczy kto?
-
Mała ekipa wsparcia. - Zaśmiała się cicho i rozłączyła.
Zabiję.
Nie
wiedziałam na co mam się szykować i jak, więc... wróciłam do
pisania lekcji. Kilkanaście minut później usłyszałam dzwonek do
drzwi. Westchnęłam, wstałam i zeszłam na dół, wiedząc, że
Chris na pewno nie pójdzie otworzyć. Oczywiście za drzwiami stała
„mała ekipa wsparcia”, jak to powiedziała Rozalia. Do mojego
domu wsypali się kolejno: Roza, Lysander i... Kastiel. No nie, tylko
jego mi tu brakowało. Gdy zobaczył moją niezadowoloną minę,
uśmiechnął się złośliwie. Przysięgam, kiedyś zetrę mu z
buźki ten ohydny uśmieszek.
Rozsiedli
się na kanapie, wyjmując z reklamówki... piwa. Powaliło ich? Nie
żebym była jakaś grzeczna i święta, ale tak w środku tygodnia?
No i gdzie ten cudowny Leo? Z tego co mi wiadomo jest od nas starszy.
-
Wołaj brata! - wręcz rozkazała Rozalia. Jeszcze Chrisa chce mi
upić... Nie ma mowy, on nie umie pić. Rano nie wstanie albo
wstanie, ale zabije go kac. Nie będę mu usługiwać wtedy.
-
Śpi - skłamałam bez mrugnięcia okiem, siadając między Lysandrem
a Kastielem, bo tylko tam było wolne miejsce. W sumie powinnam je
zostawić dla gościa, czyli Rozalii, ale co tam.
-
Już? Taki z niego świętoszek? - mruknęła, podając mi piwo.
Chłopaki już swoje żłopali. Usiadła na podłodze, opierając się
plecami o kanapę.
-
Głowa go bolała. Wykończył go pierwszy dzień w szkole. -
Zaśmiałam się.
-
Nie przesadzaj, nie jest aż taka zła.
-
Kilka rzeczy bym w niej zmieniła.
-
Na przykład co?
-
Wywaliłabym śmieci - odparłam, patrząc na Kastiela. Chłopak
próbował zabić mnie wzrokiem, a wokół nas zapadła cisza.
Ogólnie
nasza mała imprezka trwała do jakiejś 23-ciej. W ciągu tych kilku
godzin poznałam nieco lepiej moich kolegów z klasy. Kas odzywał
się najmniej, co było mi na rękę, bo jak już postanowił
otworzyć gębę, zazwyczaj próbował mnie obrazić. W końcu Lys
zwrócił mu uwagę, że nie wypada się tak zwracać do damy, na co
czerwonowłosy wywrócił oczami, mrucząc pod nosem „też mi
dama...”. Chwilę potem spora część mojego piwa wylądowała na
jego spodniach, w bardzo konkretnym miejscu...
-
Pojebało cię?! - ryknął, wstając gwałtownie.
-
Och, nasz mały Kassi się posikał! Trzeba było powiedzieć, że
masz potrzebę. Pokazałabym ci gdzie jest toaleta.
Po
tych słowach wybuchłam głośnym, wręcz histerycznym śmiechem. Za
to Kas wyglądał, jakby za chwilę miał się na mnie rzucić i
brutalnie zamordować. Szczerze? Ani trochę mnie tym nie
przestraszył, a tylko jeszcze bardziej rozbawił. Jednak... jego
mina nie była tylko popisem czy czymś takim, bo usiadł na mnie
okrakiem i zacisnął dłonie na mojej szyi. W jego oczach widziałam
ogień. Naprawdę był wściekły. Rozalia pisnęła przerażona.
-
Kas, zwariowałeś?! Puść ją! - Lysander wstał i ściągnął ze
mnie Kastiela, choć ten nieźle się szarpał. Lys jednak mocno go
trzymał.
Patrzyłam
na niego z przerażeniem w oczach. Co mu odbiło?! Zabiłby mnie,
gdyby białowłosy go nie odciągnął! Lys w końcu go wyprowadził
i chyba opieprzał, bo za drzwiami było głośno. Roza usiadła koło
mnie i mocno przytuliła. Cholera, nie pamiętam kiedy ostatnio się
tak cieszyłam z tego, że jest ktoś obok mnie. Gdy drzwi się
otworzyły, zadrżałam i zacisnęłam powieki.
-
Gdzie Kas? - spytała moja koleżanka.
-
Poszedł do domu - odparł Lysander i chyba usiadł koło nas na
kanapie. Położył mi delikatnie rękę na ramieniu. - Natalie,
wszystko w porządku?
Och,
troska w jego głosie mnie rozczuliła. Rozluźniłam się i
odsunęłam od Rozalii, by spojrzeć na niego i lekko się
uśmiechnąć.
-
Tak, nic mi nie jest. Dziękuję. Gdyby nie ty...
-
Daj spokój, on nie jest zły. Nie wiem co mu się stało, ale na
pewno sam by się prędko opamiętał.
Westchnęłam
cicho. Miałam co do tego wątpliwości. Był wściekły i raczej
zdeterminowany. Mógł i chciał zrobić mi krzywdę.
Roza
i Lys niedługo potem się zebrali, przepraszając za wszystko. No
halo, to nie oni chcieli mnie udusić. Zamknęłam dokładnie drzwi i
pobiegłam na górę. Nie miałam już na nic ochoty ani siły, więc
wzięłam tylko szybki prysznic i położyłam się. Ale nawet zasnąć
nie mogłam, bo ciągle mi się wydawało, że Kastiel stoi nade mną
z zamiarem dokończenia tego, co przerwał mu Lysander. Lysander, no
właśnie... Zaintrygował mnie ten chłopak. Był taki miły i
kulturalny. Nigdy wcześniej nie spotkałam takiego chłopaka,
zwłaszcza w moim wieku. Raczej są zarozumiali i każdy tylko
kombinuje jak zaliczyć kolejną pannę. Lys taki nie był. W sumie
nie znałam go dobrze, prawie wcale go nie znałam, ale czułam, że
jest... inny. Tak, inny w dobrym tego słowa znaczeniu. I te jego
oczy... Wstałam i włączyłam komputer, a potem odpaliłam
Internet. W wyszukiwarkę wpisałam hasło „dwukolorowe tęczówki”.
Wyświetliło mi masę zdjęć dwu, a nawet trójkolorowych oczu i
hasło „heterochromia”. Poczytałam o tym trochę, pooglądałam
zdjęcia, nawet nie wiedząc, że pochłonęło mnie to na dwie
godziny. Wreszcie poczułam, że jestem śpiąca. Wyłączyłam
laptop i jakoś doczłapałam się do łóżka. Zasnęłam w
przeciągu minuty.