Byłam wściekła. Zdenerwowana
chodziłam po swoim nowym pokoju i rozpakowywałam swoje rzeczy.
Właśnie się przeprowadziliśmy, bo ojciec dostał lepszą
propozycję pracy w innym mieście. Tylko że nikt nie pomyślał jak
JA się z tym wszystkim czuję! Miasteczko, w którym do tej pory
mieszkaliśmy nie było duże, ale miałam tam przyjaciół. I psa,
który nie mógł z nami tu przylecieć. Rodzice oddali go do
schroniska mimo moich próśb i gróźb, że przywiążę się do
jego klatki i zostanę z nim. Chciałam to zrobić, tym bardziej, że
Azor (wiem, mało oryginalne imię) skamlał i piszczał, gdy go
zamykali. Bał się, a jak zaczęli mnie siłą od niego odciągać,
szczekał i chciał rozwalić klatkę. Mój biedny. Znalazłam go,
gdy był słodkim szczeniaczkiem i od tego czasu bardzo zżyliśmy
się ze sobą. Nie pozwalał mnie krzywdzić, a ja jego. Tym razem go
zawiodłam...
Na domiar złego już jutro mam zacząć
nową szkołę. Słodki Amoris. Co to w ogóle za nazwa?! Nie wiem co
za debil to wymyślił, ale już czułam, że to będzie jedna wielka
masakra. Jaka nazwa, taka szkoła i uczniowie w niej.
Wreszcie skończyłam się rozpakowywać
i zmęczona padłam na łóżko. Zamknęłam oczy i prawie zasnęłam,
jednak mój spokój nie trwał długo, bo ktoś bez pukania wparował
do mojego pokoju.
- Hej, siostra!
No tak, kogo innego mogłam się
spodziewać. Chris uwalił się na moim łóżku, a właściwie to
chyba na nie skoczył, bo całe aż się zatrzęsło.
- Odbiło ci?! - przywitałam go
milutko. - Rozwalisz mi wyrko zanim zdążę się na nim przespać.
- O, masz już kogoś do przespania
się? - Poruszył parę razy brwiami w górę i w dół. Za ten
idiotyczny tekst dostał poduszką w łeb.
Na moje nieszczęście Chris to mój
starszy o rok brat. Starszy wiekowo, ale intelektualnie jest jakieś
kilka lat za mną. Jednym słowem - kretyn. Sądzę, że podmienili
go w szpitalu, bo reszta rodziny jest przecież inteligentna. Tylko
on taki... inny.
- Rozpakowałaś się już?
- A widzisz tu jakieś walizki albo
pudła?
- No... - rozejrzał się - nie.
- No to teraz wyciągnij wniosek.
- Dobra, dobra, nie rób ze mnie
debila!
Och, nie robię, braciszku, pomyślałam.
Ty już nim jesteś.
- Hej, pograjmy w coś!
O nie. Tylko tego mi brakowało do
„szczęścia”. Byłam zła, zmęczona, cholernie śpiąca i
jedyne, czego chciałam, to szybki prysznic i sen z moim króliczkiem.
Tak, śpię z maskotką. I co mi kto zrobi?
- Chris, nie chcę być niemiła, ale
idź pomęcz glizdy w ogrodzie, co? Ja chcę spać. - I odwróciłam
się na bok, plecami do niego.
- Ale... to właśnie było niemiłe!
Załapał. Szacun.
- Chris, ja serio ledwo patrzę na
ślepia. Chcę się wykąpać i iść spać. Jutro po szkole porobimy
coś razem, ok?
- Obiecujesz?
- Tak. - Resztkami sił wstałam,
wypchnęłam go za drzwi i zamknęłam je na klucz. Odetchnęłam z
ulgą. Czasem był jak dziecko, które wierzy w Świętego Mikołaja.
W sumie... nie miałam stuprocentowej pewności, że on przestał.
Wzięłam piżamę, której nawet nie
chowałam do szafy, bo wiedziałam, że zaraz będzie mi potrzebna i
po cichu wymknęłam się do łazienki. Rozglądałam się, czy na
horyzoncie nie ma Chrisa, ale z jego pokoju dobiegały głośne
strzały, więc pewnie grał w jakąś durną grę, a to znaczyło,
że mam go z głowy. Szybko się wykąpałam i wróciłam do pokoju.
Nastawiłam budzik w telefonie i razem z moim króliczkiem wlazłam
do łóżka.
Rano oczywiście miałam ochotę
wyrzucić telefon przez okno. Zapomniałam go schować pod poduszkę
i darł się na cały pokój. Po omacku znalazłam go na szafce
nocnej i wyłączyłam budzik. Usiadłam na łóżku, przecierając
oczy, ziewnęłam szeroko i spojrzałam na godzinę w telefonie. O
cholera!
Wyskoczyłam jak z procy i otworzyłam
szafę, z której wyjęłam pierwsze lepsze ciuchy. Pobiegłam do
łazienki i patrząc w lustro, doznałam szoku i prawie zawału. Moje
włosy... każdy w inną stronę! I do tego się pokręciły, bo
wczoraj nie chciało mi się ich suszyć i poszłam spać z mokrymi.
Cholera! Trudno, teraz nie mam czasu nad nimi pracować.
Szybko się wyszykowałam, a włosy
związałam w koński ogon, żeby te cholerne loki tak bardzo nie
rzucały się w oczy. Zbiegłam do kuchni, ale jedyne, co tam
zastałam, to stos kanapek i karteczka od mamy, gdzie życzyła nam
miłego pierwszego dnia szkoły. Prosiła też, żebym obudziła
brata i dopilnowała, by zjadł śniadanie. Co ja, niańka jego czy
co?! Mimo wszystko z jedną kanapką w zębach wróciłam na górę i
tak jak on wczoraj bez pukania i tym bardziej pozwolenia wtargnęłam
do jego pokoju. I się załamałam. Spał z głową na biurku! Pewnie
grał do tak późnej godziny, że później nawet nie chciało mu
się przejść do łóżka. Zaczęłam nim szturchać, szarpać.
- Chris, wstawaj! - Zero reakcji,
jedynie głośniej chrapnął. - Chris! Wstawaj, musimy iść do
szkoły!
- Idź sama, ja nie mam siły - mruknął
w półśnie.
Znowu się wściekłam. Przez tego
dupka się spóźnię, a on sobie nie idzie! Poszłam do swojego
pokoju, który był obok, by wziąć torbę i zeszłam na dół. Parę
minut potem biegłam na przystanek autobusowy. Szkoła była na
drugim końcu miasta i niestety mogłam się tam dostać tylko
autobusem. Bardzo zapchanym autobusem, w którym byłam ściśnięta
przez dwóch spoconych facetów. Boże, ten dzień się dopiero
zaczął, a ja już chcę, żeby się skończył.
W końcu autobus się zatrzymał na
przystanku niedaleko szkoły, a ja mogłam wysiąść i odetchnąć
świeżym powietrzem. Kawałek drogi musiałam jeszcze przejść na
pieszo. Ze względu na swoje spóźnienie, przebiegłam ten odcinek.
Rany, jaka ta szkoła wielka! Przecież ja się w niej na bank
zgubię. Weszłam do środka i się przeraziłam, bo z wewnątrz
szkoła wydawała się jeszcze większa. Na korytarzu było pełno
uczniów, każdy z każdym rozmawiał i na pewno wiedzieli co, gdzie
i jak. Postanowiłam poprosić o pomoc. Tylko pech chciał, że
podeszłam do trzech niezbyt uprzejmych dziewczyn, z blondynką na
czele. Blondi zmierzyła mnie wzrokiem.
- Hej... Nie wiecie może gdzie jest
pokój dyrekcji? - spytałam grzecznie.
- Może wiemy, może nie. A co? -
odparła blondyna, a tamte dwie się zaśmiały. Milutko, nie ma co.
- Jestem nowa i nie znam jeszcze tej
szkoły.
- Nowa, tak? Cóż, nie lubimy nowych,
więc radź sobie sama.
Poszły, śmiejąc się ohydnie. Dobra,
próbujemy dalej. Zauważyłam dziewczynę z długimi białymi
włosami, w fajnej sukience i butach na wysokim obcasie. Że też się
w nich jeszcze nie zabiła. Wyglądała na miłą, więc do niej
podeszłam.
- Hej. Szukam dyrektora. Jestem nowa i
kompletnie się nie orientuję w tym wielkim świecie. - Zaśmiałam
się. - Mogłabyś mi pomóc?
- Pewnie! Chodź, zaprowadzę cię! -
Szybko się odwróciła, a jej włosy prawie uderzyły mnie w twarz.
- A tak w ogóle, jestem Rozalia. - Podała mi swoją idealnie
wypielęgnowaną dłoń.
- Natalie, miło mi.
Razem poszłyśmy do pokoju dyrektorki,
jak się później okazało. Idąc tam, zdążyłam się dowiedzieć,
że białowłosa ma chłopaka, który ma własny sklep z ubraniami i
że Leo, bo tak się zwie jej wybranek serca ma brata, którego
koniecznie muszę poznać. Matko, dziewczyna mówiła i mówiła, a
naszej mety nie było widać. Ta szkoła serio jest ogromna.
- O, to tutaj! - powiedziała w końcu
i uśmiechnęła się szeroko. Już zdążyłam zauważyć, że jest
pozytywnie jebnięta.
Podziękowałam dziewczynie i weszłam
do gabinetu, uprzednio oczywiście pukając i czekając na
pozwolenie. Starsza pani w brzydko różowym stroju i okularach nie
wyglądała na groźną. Siwy kok na czubku głowy dawał wrażenie,
jakby rozmawiało się z własną babcią, a nie dyrektorką liceum.
Przedstawiłam się, podałam jakieś dokumenty, a ona odesłała
mnie do głównego gospodarza, nawet nie rzucając na papiery okiem.
Wyszłam, odliczając od dziesięciu w dól, by się uspokoić.
Cholera, to po to musiałam przejść przez całą budę, żeby teraz
wrócić na jej początek?! Grr! Już nienawidzę tego miejsca.
Przynajmniej nie musiałam błądzić w
ciemno, bo Roza cały czas sterczała pod gabinetem dyry i chyba na
mnie czekała.
- A więc babunia znowu to zrobiła.
- Znowu? Co masz na myśli? -
Zmarszczyłam brwi.
- Każdego „nowaka” odsyła od razu
do Nataniela. Znaczy głównego gospodarza. Biedny, wysługuje się
nim.
- Nie mogłaś mi tego od razu
powiedzieć?! - zdenerwowałam się jeszcze bardziej. - Nie lazłabym
tam, tylko od razu do tego całego Nataniela czy jak mu tam!
- S-sorry... - wydukała speszona i
chyba wystraszona. Ups, za ostro, Natalie, za ostro. - N-nie
pomyślałam...
Westchnęłam. Ledwo tu przyszłam, a
już zastraszyłam niewinną dziewczynę.
- Nie, to ja przepraszam. Ten dzień
nie zalicza się do moich ulubionych. Zresztą jak cały miesiąc...
Białowłosa skinęła głową i
posłała mi krzepiący uśmiech. Jest urocza.
Zaprowadziła mnie do pokoju gospodarzy
i dopiero wtedy się szybko ulotniła. Zaśmiałam się, kręcąc
głową. Urocza i szalona. Zapukałam do drzwi i znów po cichym
„proszę” weszłam do środka. Ożeż kurwa! Nawet w pokoju
Chrisa nie ma takiego bajzlu! Wszędzie walały się papiery i teczki
z dokumentami. Za biurkiem siedział blondyn w białej koszuli i
niebieskim krawacie.
- Eee... cześć - zaczęłam
inteligentnie. Chłopak dopiero teraz raczył oderwać wzrok od
jakichś papierów. - Dyrektorka mnie tu przysłała. Jestem nowa.
Wyszedł zza biurka, przyglądając mi
się. Co się tak gapisz?
- Poproszę twoją teczkę.
Szybko podałam mu swoje dokumenty,
chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Sztywniak z niego.
- Hm, zdaje się, że wszystko się
zgadza.
- Zdaje się? Nie będę latać w tę i
z powrotem, więc jeśli coś nie gra, to powiedz od razu -
warknęłam.
Zaczerwienił się, co ciekawie
kontrastowało z jego bladą cerą. Ale i tak nie pasowało to do
faceta. Odchrząknął.
- W-wszystko jest w porządku. -
Kolejny się przy mnie jąka. Super. - Witamy w liceum Słodki
Amoris.
Ta, no siema. Już chciałam wyjść
bez słowa, ale w ostatnim momencie mnie zatrzymał.
- Co znowu?
- Natalie Molière, tak? A kim jest
Christopher Molière?
Cholera, zapomniałam o nim! Jego
papierów oczywiście też przy sobie nie miałam. Co się jeszcze
dzisiaj stanie?!
- To mój brat. Nie mógł dziś
przyjść, bo... źle się czuje! Ale jutro dostarczy wszystko, co
trzeba. - Już ja się o to postaram. Cholera, zawsze muszę świecić
za niego oczami. Kiedyś go zabiję!
- Mam nadzieję, bo w przeciwnym razie
dyrektorka może nie być taka łaskawa i zwyczajnie go nie przyjmie.
Och! Może to by nie było takie złe?
Przynajmniej w szkole bym się z nim nie męczyła. Jednak nie jestem
aż taką małpą.
- Jutro wszystko załatwimy! - Wyszłam
tak szybko, że chłopak nie zdążył już powiedzieć ani słowa.
I co teraz? Zwiedziłabym szkołę, bo
nawet nie wiem gdzie odbywają się lekcje, ale sama to ja się tu
zgubię kilka razy! Postanowiłam, że wyjdę na dziedziniec. Zawsze
to jakieś obeznanie terenu, nie? Wcisnęłam ręce w kieszenie
swojej bluzy i opuściłam budynek szkoły.
Na ławce, a właściwie jej oparciu
siedział czerwonowłosy chłopak i palił papierosa. Z pewnością
był uczniem, więc czemu siedział tutaj? Lekcje jeszcze trwały.
- Cześć - przywitałam się,
podchodząc do ławki, na której siedział. - Jestem Natalie.
Spojrzał na mnie, a potem po prostu
odwrócił głowę. Niemowa czy co? Zaciągnął się fajką i
wypuścił dym w moją stronę.
- Czy ja wyglądam jakby mnie to
obchodziło?
O, jednak mówi. Ale serio, sami
przyjemniaczki w tej budzie. Prychnęłam, odwróciłam się na
pięcie i ruszyłam do szkoły. Nie chce pogadać z fajną
dziewczyną, to nie. Jego strata.
- Ej! - zawołał, ale ja nie
zareagowałam. - Fajne włosy!
Wściekłam
się. Znowu. Już prawie zapomniałam, że moje włosy nawet związane
w kitkę wyglądają dziś jak owca, a on musiał mi przypomnieć!
Grr, okropny typek!
Akurat
rozbrzmiał dzwonek na przerwę i z klas po prostu wysypali się
uczniowie. Wśród tłumu zauważyłam białe włosy Rozalii.
-
Roza! - krzyknęłam, idąc szybko w jej stronę. Ale na mojej drodze
wyrósł chyba nauczyciel.
-
Panienka Molière jak mniemam? - spytał oschle, ale to chyba było
pytanie retoryczne. - Dlaczegóż to nie zaszczyciła nas panienka
swoją obecnością na lekcji?
Już
czekają mnie problemy? Zajebiście się zaczyna, nie ma co.
-
Eee... zgubiłam się. Nie znam jeszcze tej szkoły, a jest taka
duża...
-
W takim razie następnym razem proszę poprosić kogoś o pomoc. Nie
toleruję nieobecności ani spóźnień na moich zajęciach.
-
Oczywiście, przepraszam bardzo.
Przez
niego Rozalia mi uciekła, a chciałam ją poprosić, żeby
oprowadziła mnie po szkole. Wybiegłam na dziedziniec, mając
nadzieję, że tam ją złapię. Jest!
-
Rozalia! Zaczekaj! - Podbiegłam do niej. Skubana, na tych obcasach
chodziła szybciej niż ja w trampkach! - Dziewczyno, ale masz
powera! Biegłam za tobą od szkoły!
-
Wybacz, nie zauważyłam cię. Coś się stało?
-
Nie, nie. Chciałam tylko spytać, czy nie mogłabyś mnie oprowadzić
po szkole? Sama się tu zgubię!
-
Och... Bardzo chętnie, ale może jutro? Teraz idę się spotkać z
Leo i już tu dziś nie wrócę.
-
Czyli to koniec zajęć na dzisiaj?
-
Nie. - Zachichotała uroczo. - Zrywam się. Ale jestem pewna, że
ktoś inny ci pomoże! Muszę lecieć, na razie!
I
poszła.
-
Ja cię mogę oprowadzić. - Usłyszałam przy uchu ten okropny głos.
No nie, tylko nie on.
-
Dzięki, już wolę sobie sama poradzić. - Odwróciłam się na
pięcie i ruszyłam do szkoły.
-
Boisz się mnie? - Czerwonowłosy typek szedł za mną.
-
Ciebie? Nie, jesteś słaby.
-
Słaby, tak? To czemu uciekasz?
-
Bo nie jestem zainteresowana twoim towarzystwem. - Pozdrowiłam go
środkowym palcem i przyspieszyłam kroku, zostawiając go w tyle.
Chyba
się poddał, bo w szkole byłam sama. Cienias. Zaczęłam swoje
„zwiedzanie” i po jakimś czasie... naprawdę się zgubiłam!
Usiadłam pod ścianą i bezmyślnie gapiłam się na zegar wiszący
na przeciwległej ścianie. Obserwowałam jak wskazówki wolno się
przesuwają, sprawiając wrażenie, że czas stoi w miejscu. Modliłam
się, żeby ktoś mnie tu znalazł.
I
znalazł.
-
Dalej chcesz sobie radzić sama?
W
tamtym momencie poczułam do tego ciołka z czerwonymi włosami
ogromną sympatię, mimo że był takim dupkiem. Wstałam i rzuciłam
mu się na szyję, piszcząc jak kretynka. Po chwili dotarło do mnie
co robię i odskoczyłam od niego jak poparzona.
-
Sorry, to był odruch - mruknęłam zażenowana. Czemu nie znalazł
mnie ktoś inny?! Nawet ten sztywniak, Nataniel czy jak mu tam.
-
Spoko, nie było tak źle. - Uśmiechnął się cwaniacko. Głupi.
-
Pomożesz mi czy będziemy tak stali?
Uśmiechnął
się jeszcze szerzej i machnął ręką, bym szła za nim. Prowadził
mnie przez kręte ścieżki szkoły i tłumaczył co gdzie jest.
Szczerze? Byłam w szoku. Nie wyglądał na pilnego ucznia, raczej na
takiego, co chodzi do szkoły tylko dlatego, że rodzice mu każą, a
i tak wszystko olewa i ledwo przechodzi z klasy do klasy. Jednak w
terenie naszej budy był nieźle obeznany. Niestety nie zdążyłam
na żadną lekcję, więc wyczuwałam problemy. Kastiel, bo tak miał
na imię czerwonowłosy typek, nie odczepił się nawet po wyjściu
ze szkoły. Na szczęście pamiętałam swój adres i poszliśmy tam
pieszo. Chociaż to chyba było moje nieszczęście, bo Kastiel całą
drogę mi dogryzał i się ze mnie wyśmiewał. Miałam ochotę czymś
w niego rzucić.
- Dobra, tutaj
mieszkam - powiedziałam, gdy doszliśmy do mojego domu. - Dzięki za
oprowadzenie i odprowadzenie. Teraz już sobie poradzę.
- Nie zgubisz się w
domu? Mówiłaś, że niedawno się tu wprowadziłaś. - I znowu ten
wkurzający uśmieszek. Grr!
- Przysięgam,
jeszcze jedno słowo i pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś!
Zaśmiał się
głośno, odchylając głowę do tyłu. Serio zaraz go kopnę!
Pokazałam mu środkowy palec i weszłam do domu, od razu zamykając
drzwi na klucz, żeby nie mógł wejść za mną.
Oczywiście nie było
rodziców. Rzuciłam niedbale plecak i poszłam do kuchni, gdzie był
mój brat.
-
Siema. Jak tam pierwszy dzień w budzie? - spytał, zajadając się
czymś, zapewne zupką chińską, bo sam nie umiał przygotować nic
treściwszego.
-
Okropnie. Nie zdążyłam na żadną lekcję, bo szkoła jest tak
wielka, że się zgubiłam.
Parsknął
śmiechem i się zakrztusił. Poklepałam go po plecach. Mocno.
-
Ty się zgubiłaś? Przecież Ty wyjdziesz cało z każdej opresji!
-
No i wyszłam, nie? Jestem tutaj, nie tkwię nie wiadomo gdzie. - Co
tam, że pomógł mi gnojek, po którym kompletnie bym się tej
pomocy nie spodziewała.
-
Sama znalazłaś drogę? - Odstawił pustą miskę do zlewu. A umyć
to nie łaska?
-
Oczywiście! - Wypięłam dumnie pierś. Małe kłamstewko nie
zaszkodzi. - Ale jutro na pewno będę mieć problemy. I ty też,
jeśli nie pojawisz się w szkole ze wszystkimi dokumentami!
Machnął
lekceważąco ręką. No zabiję go!
-
Nie spinaj się tak, spoko. Obiecałaś mi, że po szkole coś razem
porobimy.
Cholera,
miałam nadzieję, że zapomni. Nie zapomniał i zaraz po tym, jak
coś zjadłam, musiałam iść z nim pograć w jedną z jego
okropnych strzelanek na kompie. Byłam zmuszona grać z nim do
wieczora, aż w końcu zarządziłam, że idziemy spać. Na wszelki
wypadek zabrałam mu laptop, żeby nie grał po kryjomu do rana. Mnie
czekały w szkole nieprzyjemności, jemu na to nie pozwolę.