sobota, 15 listopada 2014

1.

Byłam wściekła. Zdenerwowana chodziłam po swoim nowym pokoju i rozpakowywałam swoje rzeczy. Właśnie się przeprowadziliśmy, bo ojciec dostał lepszą propozycję pracy w innym mieście. Tylko że nikt nie pomyślał jak JA się z tym wszystkim czuję! Miasteczko, w którym do tej pory mieszkaliśmy nie było duże, ale miałam tam przyjaciół. I psa, który nie mógł z nami tu przylecieć. Rodzice oddali go do schroniska mimo moich próśb i gróźb, że przywiążę się do jego klatki i zostanę z nim. Chciałam to zrobić, tym bardziej, że Azor (wiem, mało oryginalne imię) skamlał i piszczał, gdy go zamykali. Bał się, a jak zaczęli mnie siłą od niego odciągać, szczekał i chciał rozwalić klatkę. Mój biedny. Znalazłam go, gdy był słodkim szczeniaczkiem i od tego czasu bardzo zżyliśmy się ze sobą. Nie pozwalał mnie krzywdzić, a ja jego. Tym razem go zawiodłam...
Na domiar złego już jutro mam zacząć nową szkołę. Słodki Amoris. Co to w ogóle za nazwa?! Nie wiem co za debil to wymyślił, ale już czułam, że to będzie jedna wielka masakra. Jaka nazwa, taka szkoła i uczniowie w niej.
Wreszcie skończyłam się rozpakowywać i zmęczona padłam na łóżko. Zamknęłam oczy i prawie zasnęłam, jednak mój spokój nie trwał długo, bo ktoś bez pukania wparował do mojego pokoju.
- Hej, siostra!
No tak, kogo innego mogłam się spodziewać. Chris uwalił się na moim łóżku, a właściwie to chyba na nie skoczył, bo całe aż się zatrzęsło.
- Odbiło ci?! - przywitałam go milutko. - Rozwalisz mi wyrko zanim zdążę się na nim przespać.
- O, masz już kogoś do przespania się? - Poruszył parę razy brwiami w górę i w dół. Za ten idiotyczny tekst dostał poduszką w łeb.
Na moje nieszczęście Chris to mój starszy o rok brat. Starszy wiekowo, ale intelektualnie jest jakieś kilka lat za mną. Jednym słowem - kretyn. Sądzę, że podmienili go w szpitalu, bo reszta rodziny jest przecież inteligentna. Tylko on taki... inny.
- Rozpakowałaś się już?
- A widzisz tu jakieś walizki albo pudła?
- No... - rozejrzał się - nie.
- No to teraz wyciągnij wniosek.
- Dobra, dobra, nie rób ze mnie debila!
Och, nie robię, braciszku, pomyślałam. Ty już nim jesteś.
- Hej, pograjmy w coś!
O nie. Tylko tego mi brakowało do „szczęścia”. Byłam zła, zmęczona, cholernie śpiąca i jedyne, czego chciałam, to szybki prysznic i sen z moim króliczkiem. Tak, śpię z maskotką. I co mi kto zrobi?
- Chris, nie chcę być niemiła, ale idź pomęcz glizdy w ogrodzie, co? Ja chcę spać. - I odwróciłam się na bok, plecami do niego.
- Ale... to właśnie było niemiłe!
Załapał. Szacun.
- Chris, ja serio ledwo patrzę na ślepia. Chcę się wykąpać i iść spać. Jutro po szkole porobimy coś razem, ok?
- Obiecujesz?
- Tak. - Resztkami sił wstałam, wypchnęłam go za drzwi i zamknęłam je na klucz. Odetchnęłam z ulgą. Czasem był jak dziecko, które wierzy w Świętego Mikołaja. W sumie... nie miałam stuprocentowej pewności, że on przestał.
Wzięłam piżamę, której nawet nie chowałam do szafy, bo wiedziałam, że zaraz będzie mi potrzebna i po cichu wymknęłam się do łazienki. Rozglądałam się, czy na horyzoncie nie ma Chrisa, ale z jego pokoju dobiegały głośne strzały, więc pewnie grał w jakąś durną grę, a to znaczyło, że mam go z głowy. Szybko się wykąpałam i wróciłam do pokoju. Nastawiłam budzik w telefonie i razem z moim króliczkiem wlazłam do łóżka.
Rano oczywiście miałam ochotę wyrzucić telefon przez okno. Zapomniałam go schować pod poduszkę i darł się na cały pokój. Po omacku znalazłam go na szafce nocnej i wyłączyłam budzik. Usiadłam na łóżku, przecierając oczy, ziewnęłam szeroko i spojrzałam na godzinę w telefonie. O cholera!
Wyskoczyłam jak z procy i otworzyłam szafę, z której wyjęłam pierwsze lepsze ciuchy. Pobiegłam do łazienki i patrząc w lustro, doznałam szoku i prawie zawału. Moje włosy... każdy w inną stronę! I do tego się pokręciły, bo wczoraj nie chciało mi się ich suszyć i poszłam spać z mokrymi. Cholera! Trudno, teraz nie mam czasu nad nimi pracować.
Szybko się wyszykowałam, a włosy związałam w koński ogon, żeby te cholerne loki tak bardzo nie rzucały się w oczy. Zbiegłam do kuchni, ale jedyne, co tam zastałam, to stos kanapek i karteczka od mamy, gdzie życzyła nam miłego pierwszego dnia szkoły. Prosiła też, żebym obudziła brata i dopilnowała, by zjadł śniadanie. Co ja, niańka jego czy co?! Mimo wszystko z jedną kanapką w zębach wróciłam na górę i tak jak on wczoraj bez pukania i tym bardziej pozwolenia wtargnęłam do jego pokoju. I się załamałam. Spał z głową na biurku! Pewnie grał do tak późnej godziny, że później nawet nie chciało mu się przejść do łóżka. Zaczęłam nim szturchać, szarpać.
- Chris, wstawaj! - Zero reakcji, jedynie głośniej chrapnął. - Chris! Wstawaj, musimy iść do szkoły!
- Idź sama, ja nie mam siły - mruknął w półśnie.
Znowu się wściekłam. Przez tego dupka się spóźnię, a on sobie nie idzie! Poszłam do swojego pokoju, który był obok, by wziąć torbę i zeszłam na dół. Parę minut potem biegłam na przystanek autobusowy. Szkoła była na drugim końcu miasta i niestety mogłam się tam dostać tylko autobusem. Bardzo zapchanym autobusem, w którym byłam ściśnięta przez dwóch spoconych facetów. Boże, ten dzień się dopiero zaczął, a ja już chcę, żeby się skończył.
W końcu autobus się zatrzymał na przystanku niedaleko szkoły, a ja mogłam wysiąść i odetchnąć świeżym powietrzem. Kawałek drogi musiałam jeszcze przejść na pieszo. Ze względu na swoje spóźnienie, przebiegłam ten odcinek. Rany, jaka ta szkoła wielka! Przecież ja się w niej na bank zgubię. Weszłam do środka i się przeraziłam, bo z wewnątrz szkoła wydawała się jeszcze większa. Na korytarzu było pełno uczniów, każdy z każdym rozmawiał i na pewno wiedzieli co, gdzie i jak. Postanowiłam poprosić o pomoc. Tylko pech chciał, że podeszłam do trzech niezbyt uprzejmych dziewczyn, z blondynką na czele. Blondi zmierzyła mnie wzrokiem.
- Hej... Nie wiecie może gdzie jest pokój dyrekcji? - spytałam grzecznie.
- Może wiemy, może nie. A co? - odparła blondyna, a tamte dwie się zaśmiały. Milutko, nie ma co.
- Jestem nowa i nie znam jeszcze tej szkoły.
- Nowa, tak? Cóż, nie lubimy nowych, więc radź sobie sama.
Poszły, śmiejąc się ohydnie. Dobra, próbujemy dalej. Zauważyłam dziewczynę z długimi białymi włosami, w fajnej sukience i butach na wysokim obcasie. Że też się w nich jeszcze nie zabiła. Wyglądała na miłą, więc do niej podeszłam.
- Hej. Szukam dyrektora. Jestem nowa i kompletnie się nie orientuję w tym wielkim świecie. - Zaśmiałam się. - Mogłabyś mi pomóc?
- Pewnie! Chodź, zaprowadzę cię! - Szybko się odwróciła, a jej włosy prawie uderzyły mnie w twarz. - A tak w ogóle, jestem Rozalia. - Podała mi swoją idealnie wypielęgnowaną dłoń.
- Natalie, miło mi.
Razem poszłyśmy do pokoju dyrektorki, jak się później okazało. Idąc tam, zdążyłam się dowiedzieć, że białowłosa ma chłopaka, który ma własny sklep z ubraniami i że Leo, bo tak się zwie jej wybranek serca ma brata, którego koniecznie muszę poznać. Matko, dziewczyna mówiła i mówiła, a naszej mety nie było widać. Ta szkoła serio jest ogromna.
- O, to tutaj! - powiedziała w końcu i uśmiechnęła się szeroko. Już zdążyłam zauważyć, że jest pozytywnie jebnięta.
Podziękowałam dziewczynie i weszłam do gabinetu, uprzednio oczywiście pukając i czekając na pozwolenie. Starsza pani w brzydko różowym stroju i okularach nie wyglądała na groźną. Siwy kok na czubku głowy dawał wrażenie, jakby rozmawiało się z własną babcią, a nie dyrektorką liceum. Przedstawiłam się, podałam jakieś dokumenty, a ona odesłała mnie do głównego gospodarza, nawet nie rzucając na papiery okiem. Wyszłam, odliczając od dziesięciu w dól, by się uspokoić. Cholera, to po to musiałam przejść przez całą budę, żeby teraz wrócić na jej początek?! Grr! Już nienawidzę tego miejsca.
Przynajmniej nie musiałam błądzić w ciemno, bo Roza cały czas sterczała pod gabinetem dyry i chyba na mnie czekała.
- A więc babunia znowu to zrobiła.
- Znowu? Co masz na myśli? - Zmarszczyłam brwi.
- Każdego „nowaka” odsyła od razu do Nataniela. Znaczy głównego gospodarza. Biedny, wysługuje się nim.
- Nie mogłaś mi tego od razu powiedzieć?! - zdenerwowałam się jeszcze bardziej. - Nie lazłabym tam, tylko od razu do tego całego Nataniela czy jak mu tam!
- S-sorry... - wydukała speszona i chyba wystraszona. Ups, za ostro, Natalie, za ostro. - N-nie pomyślałam...
Westchnęłam. Ledwo tu przyszłam, a już zastraszyłam niewinną dziewczynę.
- Nie, to ja przepraszam. Ten dzień nie zalicza się do moich ulubionych. Zresztą jak cały miesiąc...
Białowłosa skinęła głową i posłała mi krzepiący uśmiech. Jest urocza.
Zaprowadziła mnie do pokoju gospodarzy i dopiero wtedy się szybko ulotniła. Zaśmiałam się, kręcąc głową. Urocza i szalona. Zapukałam do drzwi i znów po cichym „proszę” weszłam do środka. Ożeż kurwa! Nawet w pokoju Chrisa nie ma takiego bajzlu! Wszędzie walały się papiery i teczki z dokumentami. Za biurkiem siedział blondyn w białej koszuli i niebieskim krawacie.
- Eee... cześć - zaczęłam inteligentnie. Chłopak dopiero teraz raczył oderwać wzrok od jakichś papierów. - Dyrektorka mnie tu przysłała. Jestem nowa.
Wyszedł zza biurka, przyglądając mi się. Co się tak gapisz?
- Poproszę twoją teczkę.
Szybko podałam mu swoje dokumenty, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Sztywniak z niego.
- Hm, zdaje się, że wszystko się zgadza.
- Zdaje się? Nie będę latać w tę i z powrotem, więc jeśli coś nie gra, to powiedz od razu - warknęłam.
Zaczerwienił się, co ciekawie kontrastowało z jego bladą cerą. Ale i tak nie pasowało to do faceta. Odchrząknął.
- W-wszystko jest w porządku. - Kolejny się przy mnie jąka. Super. - Witamy w liceum Słodki Amoris.
Ta, no siema. Już chciałam wyjść bez słowa, ale w ostatnim momencie mnie zatrzymał.
- Co znowu?
- Natalie Molière, tak? A kim jest Christopher Molière?
Cholera, zapomniałam o nim! Jego papierów oczywiście też przy sobie nie miałam. Co się jeszcze dzisiaj stanie?!
- To mój brat. Nie mógł dziś przyjść, bo... źle się czuje! Ale jutro dostarczy wszystko, co trzeba. - Już ja się o to postaram. Cholera, zawsze muszę świecić za niego oczami. Kiedyś go zabiję!
- Mam nadzieję, bo w przeciwnym razie dyrektorka może nie być taka łaskawa i zwyczajnie go nie przyjmie.
Och! Może to by nie było takie złe? Przynajmniej w szkole bym się z nim nie męczyła. Jednak nie jestem aż taką małpą.
- Jutro wszystko załatwimy! - Wyszłam tak szybko, że chłopak nie zdążył już powiedzieć ani słowa.
I co teraz? Zwiedziłabym szkołę, bo nawet nie wiem gdzie odbywają się lekcje, ale sama to ja się tu zgubię kilka razy! Postanowiłam, że wyjdę na dziedziniec. Zawsze to jakieś obeznanie terenu, nie? Wcisnęłam ręce w kieszenie swojej bluzy i opuściłam budynek szkoły.
Na ławce, a właściwie jej oparciu siedział czerwonowłosy chłopak i palił papierosa. Z pewnością był uczniem, więc czemu siedział tutaj? Lekcje jeszcze trwały.
- Cześć - przywitałam się, podchodząc do ławki, na której siedział. - Jestem Natalie.
Spojrzał na mnie, a potem po prostu odwrócił głowę. Niemowa czy co? Zaciągnął się fajką i wypuścił dym w moją stronę.
- Czy ja wyglądam jakby mnie to obchodziło?
O, jednak mówi. Ale serio, sami przyjemniaczki w tej budzie. Prychnęłam, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do szkoły. Nie chce pogadać z fajną dziewczyną, to nie. Jego strata.
- Ej! - zawołał, ale ja nie zareagowałam. - Fajne włosy!
Wściekłam się. Znowu. Już prawie zapomniałam, że moje włosy nawet związane w kitkę wyglądają dziś jak owca, a on musiał mi przypomnieć! Grr, okropny typek!
Akurat rozbrzmiał dzwonek na przerwę i z klas po prostu wysypali się uczniowie. Wśród tłumu zauważyłam białe włosy Rozalii.
- Roza! - krzyknęłam, idąc szybko w jej stronę. Ale na mojej drodze wyrósł chyba nauczyciel.
- Panienka Molière jak mniemam? - spytał oschle, ale to chyba było pytanie retoryczne. - Dlaczegóż to nie zaszczyciła nas panienka swoją obecnością na lekcji?
Już czekają mnie problemy? Zajebiście się zaczyna, nie ma co.
- Eee... zgubiłam się. Nie znam jeszcze tej szkoły, a jest taka duża...
- W takim razie następnym razem proszę poprosić kogoś o pomoc. Nie toleruję nieobecności ani spóźnień na moich zajęciach.
- Oczywiście, przepraszam bardzo.
Przez niego Rozalia mi uciekła, a chciałam ją poprosić, żeby oprowadziła mnie po szkole. Wybiegłam na dziedziniec, mając nadzieję, że tam ją złapię. Jest!
- Rozalia! Zaczekaj! - Podbiegłam do niej. Skubana, na tych obcasach chodziła szybciej niż ja w trampkach! - Dziewczyno, ale masz powera! Biegłam za tobą od szkoły!
- Wybacz, nie zauważyłam cię. Coś się stało?
- Nie, nie. Chciałam tylko spytać, czy nie mogłabyś mnie oprowadzić po szkole? Sama się tu zgubię!
- Och... Bardzo chętnie, ale może jutro? Teraz idę się spotkać z Leo i już tu dziś nie wrócę.
- Czyli to koniec zajęć na dzisiaj?
- Nie. - Zachichotała uroczo. - Zrywam się. Ale jestem pewna, że ktoś inny ci pomoże! Muszę lecieć, na razie!
I poszła.
- Ja cię mogę oprowadzić. - Usłyszałam przy uchu ten okropny głos. No nie, tylko nie on.
- Dzięki, już wolę sobie sama poradzić. - Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do szkoły.
- Boisz się mnie? - Czerwonowłosy typek szedł za mną.
- Ciebie? Nie, jesteś słaby.
- Słaby, tak? To czemu uciekasz?
- Bo nie jestem zainteresowana twoim towarzystwem. - Pozdrowiłam go środkowym palcem i przyspieszyłam kroku, zostawiając go w tyle.
Chyba się poddał, bo w szkole byłam sama. Cienias. Zaczęłam swoje „zwiedzanie” i po jakimś czasie... naprawdę się zgubiłam! Usiadłam pod ścianą i bezmyślnie gapiłam się na zegar wiszący na przeciwległej ścianie. Obserwowałam jak wskazówki wolno się przesuwają, sprawiając wrażenie, że czas stoi w miejscu. Modliłam się, żeby ktoś mnie tu znalazł.
I znalazł.
- Dalej chcesz sobie radzić sama?
W tamtym momencie poczułam do tego ciołka z czerwonymi włosami ogromną sympatię, mimo że był takim dupkiem. Wstałam i rzuciłam mu się na szyję, piszcząc jak kretynka. Po chwili dotarło do mnie co robię i odskoczyłam od niego jak poparzona.
- Sorry, to był odruch - mruknęłam zażenowana. Czemu nie znalazł mnie ktoś inny?! Nawet ten sztywniak, Nataniel czy jak mu tam.
- Spoko, nie było tak źle. - Uśmiechnął się cwaniacko. Głupi.
- Pomożesz mi czy będziemy tak stali?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej i machnął ręką, bym szła za nim. Prowadził mnie przez kręte ścieżki szkoły i tłumaczył co gdzie jest. Szczerze? Byłam w szoku. Nie wyglądał na pilnego ucznia, raczej na takiego, co chodzi do szkoły tylko dlatego, że rodzice mu każą, a i tak wszystko olewa i ledwo przechodzi z klasy do klasy. Jednak w terenie naszej budy był nieźle obeznany. Niestety nie zdążyłam na żadną lekcję, więc wyczuwałam problemy. Kastiel, bo tak miał na imię czerwonowłosy typek, nie odczepił się nawet po wyjściu ze szkoły. Na szczęście pamiętałam swój adres i poszliśmy tam pieszo. Chociaż to chyba było moje nieszczęście, bo Kastiel całą drogę mi dogryzał i się ze mnie wyśmiewał. Miałam ochotę czymś w niego rzucić.
- Dobra, tutaj mieszkam - powiedziałam, gdy doszliśmy do mojego domu. - Dzięki za oprowadzenie i odprowadzenie. Teraz już sobie poradzę.
- Nie zgubisz się w domu? Mówiłaś, że niedawno się tu wprowadziłaś. - I znowu ten wkurzający uśmieszek. Grr!
- Przysięgam, jeszcze jedno słowo i pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś!
Zaśmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu. Serio zaraz go kopnę! Pokazałam mu środkowy palec i weszłam do domu, od razu zamykając drzwi na klucz, żeby nie mógł wejść za mną.
Oczywiście nie było rodziców. Rzuciłam niedbale plecak i poszłam do kuchni, gdzie był mój brat.
- Siema. Jak tam pierwszy dzień w budzie? - spytał, zajadając się czymś, zapewne zupką chińską, bo sam nie umiał przygotować nic treściwszego.
- Okropnie. Nie zdążyłam na żadną lekcję, bo szkoła jest tak wielka, że się zgubiłam.
Parsknął śmiechem i się zakrztusił. Poklepałam go po plecach. Mocno.
- Ty się zgubiłaś? Przecież Ty wyjdziesz cało z każdej opresji!
- No i wyszłam, nie? Jestem tutaj, nie tkwię nie wiadomo gdzie. - Co tam, że pomógł mi gnojek, po którym kompletnie bym się tej pomocy nie spodziewała.
- Sama znalazłaś drogę? - Odstawił pustą miskę do zlewu. A umyć to nie łaska?
- Oczywiście! - Wypięłam dumnie pierś. Małe kłamstewko nie zaszkodzi. - Ale jutro na pewno będę mieć problemy. I ty też, jeśli nie pojawisz się w szkole ze wszystkimi dokumentami!
Machnął lekceważąco ręką. No zabiję go!
- Nie spinaj się tak, spoko. Obiecałaś mi, że po szkole coś razem porobimy.
Cholera, miałam nadzieję, że zapomni. Nie zapomniał i zaraz po tym, jak coś zjadłam, musiałam iść z nim pograć w jedną z jego okropnych strzelanek na kompie. Byłam zmuszona grać z nim do wieczora, aż w końcu zarządziłam, że idziemy spać. Na wszelki wypadek zabrałam mu laptop, żeby nie grał po kryjomu do rana. Mnie czekały w szkole nieprzyjemności, jemu na to nie pozwolę.

Powitanie!

Cześć! Będę tutaj pisać swoją historię na podstawie gry Słodki Flirt. Znacie? Polecam, cholernie wciąga.
Jestem ciekawa, czy ktoś to w ogóle będzie czytał...