wtorek, 9 grudnia 2014

2.

Tym razem nie pozwoliłam sobie na zaspanie ani spóźnienie do tej pieprzonej budy. Wstałam jeszcze zanim zadzwonił budzik i zaczęłam się szykować. Rodziców oczywiście już nie było, a ja w kuchni znalazłam tylko karteczkę, na której było napisane, że śniadanie musimy sobie zrobić sami, bo mama zaspała. Ha! Byłam lepsza! Zgniotłam karteczkę i wrzuciłam ją do kosza pod zlewem. Nie budziłam jeszcze Chrisa. Zrobiłam jajecznicę, poukładałam wszystko na stole i dopiero wtedy poszłam go obudzić. Zawsze było lepiej, gdy śniadanie na niego czekało, bo inaczej wyżerał wszystko po kolei. Weszłam do pokoju brata i zaczęłam nim delikatnie szturchać, szepcząc, że musi już wstawać. Miałam jakiś taki lepszy humor, dlatego postanowiłam być dla niego milsza. Szybko się obudził i razem poszliśmy do kuchni. Na widok jajecznicy oczy mu się zaświeciły, tym bardziej że zrobiłam jego ulubioną. Usiadł i zaczął ją wręcz wciągać.
- Kocham cię, siostra!
Zaśmiałam się.
- Wiem, wiem. Jedz.
Zjadł i to w kilka minut. Poszedł się ubrać, a ja w tym czasie pozmywałam. Nawet fajnie było być „panią domu”. Zresztą często musieliśmy radzić sobie sami, bo rodzice zawsze pracowali. I jak widać, nie zapowiadało się na zmiany.
Musiałam przypomnieć Chrisowi o papierach zgłoszeniowych, bo przecież skleroza zapomniała. W końcu jednak wyszliśmy z domu i udaliśmy się na przystanek. Przed szkołą mojemu bratu opadła kopara jak mnie wczoraj.
- Cholera, nie dziwię się, że się zgubiłaś. Jest ogromna!
- I ma pełno zakamarków - dodałam, kręcąc głową.
Weszliśmy na dziedziniec, a moje oczy od razu napotkały tego czerwonowłosego ciołka. Jak mu tam? Kastiel! Patrzył na nas. Minęliśmy go i weszliśmy do szkoły.
- No dobra, siostra, prowadź.
Zaprowadziłam go od razu do pokoju gospodarzy, żeby nie marnować czasu u dyrektorki. Przecież i tak by nas do niego odesłała. Zapukałam w drzwi i po cichym zaproszeniu weszliśmy do środka. Na biurku Nataniela dalej panował istny bu... nieporządek.
- Hej. To jest właśnie mój brat, Christopher Molière.
Natan przyjrzał się Chrisowi, potem mnie. No tak, nie byliśmy za bardzo do siebie podobni, charakterami też nie.
- Tak, na pewno jesteśmy rodzeństwem - burknęłam dość chamsko, wywracając oczami, bo za długo się na nas gapił.
Chłopak odchrząknął.
- Wybaczcie - mruknął pod nosem. - Mam nadzieję, że masz przy sobie wszystkie potrzebne dokumenty?
Chris wyjął z plecaka teczkę i podał ją blondynowi. W sumie to obaj byli blondynami, tyle że Chris trochę ciemniejszym. Nat przejrzał teczkę i skinął głową.
- Wszystko w porządku. Możecie iść na lekcje.
- Czyli gdzie? - spytałam.
Wytłumaczył nam gdzie są nasze klasy. Rozeszliśmy się. W klasie usiadłam koło Rozali i zamiast słuchać nauczycielki, plotkowałyśmy szeptem.
- Przepraszam! - rozbrzmiał nagle głos nauczycielki. - Ostatnia ławka, czy ja paniom nie przeszkadzam?
- Przepraszamy... - wydukałyśmy jednocześnie. Przez resztę lekcji siedziałyśmy cicho.
Kiedy wyszłyśmy z sali, Roza zapytała, czy poradziłam sobie wczoraj ze zwiedzaniem szkoły.
- Nie bardzo, zgubiłam się. - Zaśmiałam się. - Ale Kastiel mi pomógł, a potem odprowadził do domu.
- Kastiel?! Nasz Kas? Ten z czerwonymi włosami?
- No, ten sam. Znalazł mnie siedzącą pod ścianą i chyba zrobiło mu się mnie żal.
Widać było, że białowłosa jest w szoku. Mówiłam, że ten czerwonowłosy debil to jakiś typ spod ciemnej gwiazdy! Dziewczyna mnie tylko w tym przekonaniu utwierdziła. Szybko odbiegła od tematu buntownika i pociągnęła mnie gdzieś, szczebiocząc, że muszę w końcu poznać Lysia. Jeszcze go nie znałam, a już mu współczułam ksywki... Roza zaprowadziła mnie do chyba piwnicy, bo były tam różne szpargały i pudła. Ale nie tylko, bo jeszcze Kastiel i... koleś w dziwnym stroju. Skąd on się urwał?
- Hej, chłopaki! - przywitała się moja koleżanka i pomachała Kastielowi, a temu drugiemu rzuciła się na szyję. Ja stanęłam bardziej na uboczu, mając nadzieję, że o mnie zapomni, a wtedy ja się zmyję. - Co robicie?
- Gramy - odparł nieznajomy mi chłopak, choć przypuszczałam, że to ten „Lysio”. Matko... - A raczej próbujemy, bo Kas jest dzisiaj jakiś rozkojarzony...
Spojrzałam na Kasa, a on na mnie. I co się gapisz? Dopiero teraz zauważyłam, że przez głowę ma przewieszony pasek od gitary. No i gitarę oczywiście.
- Przyszłam wam przedstawić Natalie. Natalie, to jest właśnie Lysio. - Wskazała na chłopaka z białymi włosami. Jak się przyjrzałam tej dwójce dostrzegłam, że ich włosy są identycznego koloru.
- Lysander. - Białowłosy kompletnie olał skrót Rozalii i przedstawił się pełnym imieniem, wyciągając do mnie rękę. Podałam mu dłoń, a on ją ucałował! Spaliłam buraka. - Miło mi.
- N-Natalie... Mnie również...
Boże, od kiedy ja się jąkam?! Ogarnij się, dziewczyno! Spojrzałam w jego oczy. O matko, dwukolorowe! To było zarówno przerażające, jak i fascynujące.
- Dobra, chodź. Musisz poznać resztę. - Roza wyciągnęła mnie z piwnicy.
Wlokła mnie po całej budzie i przedstawiała różne osoby. Poznałam przemiłą i uśmiechniętą Iris, nieśmiałą Violettę, niezbyt miłą i zdystansowaną Kim i cichą Klementynę. Ach, i dowiedziałam się, że trzy paniusie, które wczoraj mnie spławiły to tutejsza „świta”. Amber, Li i Charlotte faktycznie nie tolerują nowych. W sumie to nie tolerują żadnych dziewczyn, uważając je za gorsze od siebie. Nie znoszę takich dziewuch.
- Wreszcie! - Usłyszałam głos mojego brata. - Szukam cię i szukam.
- Stało się coś?
- W sumie to nie. Bałem się, że znów się zgubiłaś i szukając cię, sam się zgubiłem. - Zaśmiał się, ja zresztą zaraz za nim.
- Poznajcie się, to Chris, mój brat, a to Rozalia.
Spojrzeli na siebie i oboje się uśmiechnęli. A to co miało być? Roza, ty masz faceta! Odchrząknęłam cicho, żeby przypomnieć im o swoim istnieniu, bo chyba zapomnieli. Popatrzeli na mnie.
- Co jest? Przeziębiłaś się? - spytał mój brat.
Prychnęłam cicho. Na moje szczęście zadzwonił dzwonek na kolejną lekcję i poszliśmy do sali. Tym razem nie dyskutowałyśmy, ale też nie skupiałyśmy się za bardzo na lekcji. Po prostu każda była pogrążona we własnych myślach. Po lekcji wyszłyśmy na dziedziniec, zabierając ze sobą Chrisa, żeby sierota znowu się nie zgubiła. Tam znów był Kastiel. To chyba było jego ulubione miejsce w tej szkole. Rozalia pokazała nam ogród i dziwiła się, że dyrektorka jeszcze nie kazała nam się zapisać do któregoś klubu. Kiedy zapytałam o jakich klubach mówi, uznała, że pewnie niedługo się dowiem. Super.
Wróciliśmy do szkoły. Białowłosa gdzieś poleciała, a nas dorwała dyra.
- Kochani! - Klasnęła w dłonie. Matko, z nią jest coś nie tak. - Każdy nowy uczeń naszej szkoły musi zapisać się do jednego z naszych klubów. Macie do wyboru dwa - klub koszykówki i ogrodników. Proszę...
- Ja wybieram klub koszykówki! - przerwał jej Chris, podnosząc rękę, jakby się zgłaszał do odpowiedzi.
- Młody człowieku, nieładnie przerywać komuś w półzdaniu. - Zmroziła go wzrokiem, a on chyba nawet trochę się skulił. - A ty, młoda damo? Wiesz już do jakiego klubu chcesz uczęszczać? Może do tego samego co brat?
Nie ma mowy. Chociaż w tej kwestii nie będzie mnie denerwował. Poza tym nienawidzę sportu. Kwiatów zresztą też, no ale...
- Nie, proszę pani. Dla mnie idealny będzie klub ogrodników.
- Dobrze, w takim razie idźcie teraz do swoich klubów i sprawdźcie, czy nie trzeba tam pomóc.
Poszła sobie.
- Natuś, a gdzie jest ten mój klub? - spytał cicho Chris.
Dobre pytanie. A niby skąd ja mam wiedzieć? Trzeba znaleźć Rozalię. Ale Rozalii nigdzie nie było, za to znów pojawił się ten głupek z czerwonymi włosami. Typowy buntownik. Tylko czemu postanowił zjawić się w szkole akurat teraz?! Widział, że czegoś szukamy i spytał złośliwie, czy znów się zgubiłam. Och, gdyby wzrok mógł zabijać...
- Gdzie jest klub koszykówki? - spytałam twardo, ignorując kompletnie jego złośliwą uwagę.
- A co dostanę za wyjawienie wam tego?
- Moją dozgonną wdzięczność - odparłam przesłodzonym tonem. Jeszcze czego. Nie zasługuje na nic w zamian. Pomaga nam i papa albo nie pomaga i... radzimy sobie sami!
- Pff, to mało. - I znowu ten złośliwy uśmieszek. Nienawidzę go!
- Dobra, poradzimy sobie sami. - Odwróciłam się i pociągnęłam brata w przeciwnym kierunku, oddalając się od tego typa.
- Tak jak poradziłaś sobie wczoraj?
Pokazałam mu środkowy palec, nie zatrzymując się.
- O czym on mówił? - odezwał się Chris. Do tej pory milczał, co nie było w jego stylu. Dla mnie lepiej. Kiedy się odzywał, i tak nie miał nic sensownego do powiedzenia.
- Yyy... nie wiem. Cholera wie co takiemu siedzi w tym czerwonym łbie, nie?
Na szczęście mój brat nie zaczaił, że coś kręcę. Skinął tylko głową i znów zamilkł. Uff. Wyszłabym na sierotę, która gubi się w budynku szkoły i dostaje pomoc od swojego „wroga”. Toż to niczym historia z horrorów. Masakra.
W końcu natknęliśmy się na chłopaka z dwukolorowymi tęczówkami, Lysandra. Pomógł nam znaleźć klub koszykówki, nie wspominając nawet słowem o czymś w zamian za pomoc. Miły chłopak. Zostawiłam brata w sali gimnastycznej, bo to tam był ów klub, a sama poszłam do ogrodu. Wcześniej nie przyglądałam się kwiatom, bo nie sądziłam, że będę musiała się nimi zajmować. Były dość podniszczone. I co, mam sama je pielęgnować? Nie znam się na tym! Na szczęście zza jednej donicy wyłonił się chłopak w brzydkiej czapce i ogólnie brzydkim ogrodniczym stroju.
- Hej - zaczęłam. - Ty zajmujesz się ogrodem?
- Tak, jestem Jade. A ty to...?
- Natalie. Zdaje się, że będę ci pomagać.
- Serio? Raczej mało kto zapisuje się do tego klubu.
- Przecież w szkole jest dużo dziewczyn. Wątpię, żeby wolały koszykówkę.
- Jest jeszcze klub muzyczny. Jedynie Violetta tutaj przychodzi, ale z nią ciężko się współpracuje.
- Czemu? Jest niekumata?
- Nie, bardzo nieśmiała i przez to wstydzi się mnie o cokolwiek pytać, przez co cierpią rośliny.
O rany. Mam nadzieję, że ten koleś nie pokłada we mnie jakichś wielkich nadziei na uratowanie kwiatków...
Ogólnie z Jade'm gadało mi się nawet spoko, miły jest. Nie darł się na mnie, gdy czegoś nie kumałam, tylko spokojnie tłumaczył. To mi się podobało, bo nie musiałam być wredną suką i się z nim kłócić. W ogrodzie spędziliśmy całą przerwę, następną lekcję i kolejną przerwę, bo się zagapiliśmy i zagadaliśmy. Będzie kolejna zjebka, super.
Do szkoły weszliśmy razem, skupiając na sobie wszystkich na głównym korytarzu. Niestety Jade nie chodził z nami do klasy, więc musiał mnie zostawić. Długo sama nie byłam, bo zaraz podbiegła do mnie Rozalia.
- Jak ci się to udało? - pisnęła podekscytowana.
- Niby co?
- Dotrzeć do Jade'a! Przecież to typ samotnika, kochający tylko kwiaty!
- Odniosłam inne wrażenie. - Wzruszyłam ramionami, idąc pod naszą klasę, kończąc tym samym temat Jade'a. Roza za bardzo się podniecała.
Fizyka minęła mi bez większych nieprzyjemności. Nie wychylałam się, nie szeptałam z Rozalią, starałam się słuchać nauczycielki. Reszta dnia w szkole też minęła mi spokojnie, ale ja i tak dziękowałam niebiosom, gdy zadzwonił ostatni dzwonek. Rozalia się uparła, że pójdzie z nami. Nie chciało mi się leźć przez całe miasto jak wczoraj z Kastielem, więc pojechaliśmy autobusem. Gdy byliśmy niedaleko naszego domu, Roza się zapowietrzyła.
- Tu mieszkacie?
- No.
- Kilka ulic dalej mieszka Leo z Lysiem, a nieco dalej jest sklep Leo! Muszę cię kiedyś tam zabrać - dodała, patrząc na mnie krytycznym wzrokiem.
- Coś ci się we mnie nie podoba?
- No... to i owo można by zmienić.
Chris parsknął śmiechem, a ja strzeliłam go w łeb. Popchnął mnie. Roza zachichotała.
Zaprosiliśmy dziewczynę do nas, ale powiedziała, że wpadnie innym razem, bo teraz jest umówiona. Pewnie z Leo. Zrobiłam obiad, bo rodziców jak zwykle nie było. Szczerze mówiąc, miałam już tego dość. Czasem chciałabym wrócić do domu, gdzie czekałaby na mnie mama z ciepłym obiadem, zapytałaby jak było w szkole. Żeby po prostu się mną interesowała. Bo jak na razie oboje z ojcem interesują się tylko swoją pracą. Inni rodzice jakoś pracują i mają jeszcze czas dla swoich dzieci.
Zjedliśmy, po czym oboje zamknęliśmy się w swoich pokojach. Mieliśmy się uczyć, ale sądząc po odgłosach z pokoju obok, mój braciszek znów przepadł w wirtualnym świecie. Jak tak można? W pewnym momencie rozdzwoniła się moja komórka, a że byłam skupiona na pisaniu pracy domowej, aż podskoczyłam na dźwięk dzwonka. Wzięłam kilka głębszych wdechów i odebrałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
- Halo...
- Rany, co ci jest?
Przez chwilę próbowałam rozkminić z kim „rozmawiam”, aż w końcu mnie olśniło. Rozalia. Kiedy nas odprowadzała, wymieniłyśmy się numerami telefonów.
- Przestraszyłaś mnie. Znaczy telefon... Nieważne. Coś się stało, że dzwonisz?
- O jejku, musiało się coś stać?
- No w sumie nie...
Ok, tym mnie zawstydziła. To moje pytanie było trochę chamskie.
- Szykuj się, zaraz u ciebie będziemy.
- „Będziemy”? Znaczy kto?
- Mała ekipa wsparcia. - Zaśmiała się cicho i rozłączyła.
Zabiję.
Nie wiedziałam na co mam się szykować i jak, więc... wróciłam do pisania lekcji. Kilkanaście minut później usłyszałam dzwonek do drzwi. Westchnęłam, wstałam i zeszłam na dół, wiedząc, że Chris na pewno nie pójdzie otworzyć. Oczywiście za drzwiami stała „mała ekipa wsparcia”, jak to powiedziała Rozalia. Do mojego domu wsypali się kolejno: Roza, Lysander i... Kastiel. No nie, tylko jego mi tu brakowało. Gdy zobaczył moją niezadowoloną minę, uśmiechnął się złośliwie. Przysięgam, kiedyś zetrę mu z buźki ten ohydny uśmieszek.
Rozsiedli się na kanapie, wyjmując z reklamówki... piwa. Powaliło ich? Nie żebym była jakaś grzeczna i święta, ale tak w środku tygodnia? No i gdzie ten cudowny Leo? Z tego co mi wiadomo jest od nas starszy.
- Wołaj brata! - wręcz rozkazała Rozalia. Jeszcze Chrisa chce mi upić... Nie ma mowy, on nie umie pić. Rano nie wstanie albo wstanie, ale zabije go kac. Nie będę mu usługiwać wtedy.
- Śpi - skłamałam bez mrugnięcia okiem, siadając między Lysandrem a Kastielem, bo tylko tam było wolne miejsce. W sumie powinnam je zostawić dla gościa, czyli Rozalii, ale co tam.
- Już? Taki z niego świętoszek? - mruknęła, podając mi piwo. Chłopaki już swoje żłopali. Usiadła na podłodze, opierając się plecami o kanapę.
- Głowa go bolała. Wykończył go pierwszy dzień w szkole. - Zaśmiałam się.
- Nie przesadzaj, nie jest aż taka zła.
- Kilka rzeczy bym w niej zmieniła.
- Na przykład co?
- Wywaliłabym śmieci - odparłam, patrząc na Kastiela. Chłopak próbował zabić mnie wzrokiem, a wokół nas zapadła cisza.
Ogólnie nasza mała imprezka trwała do jakiejś 23-ciej. W ciągu tych kilku godzin poznałam nieco lepiej moich kolegów z klasy. Kas odzywał się najmniej, co było mi na rękę, bo jak już postanowił otworzyć gębę, zazwyczaj próbował mnie obrazić. W końcu Lys zwrócił mu uwagę, że nie wypada się tak zwracać do damy, na co czerwonowłosy wywrócił oczami, mrucząc pod nosem „też mi dama...”. Chwilę potem spora część mojego piwa wylądowała na jego spodniach, w bardzo konkretnym miejscu...
- Pojebało cię?! - ryknął, wstając gwałtownie.
- Och, nasz mały Kassi się posikał! Trzeba było powiedzieć, że masz potrzebę. Pokazałabym ci gdzie jest toaleta.
Po tych słowach wybuchłam głośnym, wręcz histerycznym śmiechem. Za to Kas wyglądał, jakby za chwilę miał się na mnie rzucić i brutalnie zamordować. Szczerze? Ani trochę mnie tym nie przestraszył, a tylko jeszcze bardziej rozbawił. Jednak... jego mina nie była tylko popisem czy czymś takim, bo usiadł na mnie okrakiem i zacisnął dłonie na mojej szyi. W jego oczach widziałam ogień. Naprawdę był wściekły. Rozalia pisnęła przerażona.
- Kas, zwariowałeś?! Puść ją! - Lysander wstał i ściągnął ze mnie Kastiela, choć ten nieźle się szarpał. Lys jednak mocno go trzymał.
Patrzyłam na niego z przerażeniem w oczach. Co mu odbiło?! Zabiłby mnie, gdyby białowłosy go nie odciągnął! Lys w końcu go wyprowadził i chyba opieprzał, bo za drzwiami było głośno. Roza usiadła koło mnie i mocno przytuliła. Cholera, nie pamiętam kiedy ostatnio się tak cieszyłam z tego, że jest ktoś obok mnie. Gdy drzwi się otworzyły, zadrżałam i zacisnęłam powieki.
- Gdzie Kas? - spytała moja koleżanka.
- Poszedł do domu - odparł Lysander i chyba usiadł koło nas na kanapie. Położył mi delikatnie rękę na ramieniu. - Natalie, wszystko w porządku?
Och, troska w jego głosie mnie rozczuliła. Rozluźniłam się i odsunęłam od Rozalii, by spojrzeć na niego i lekko się uśmiechnąć.
- Tak, nic mi nie jest. Dziękuję. Gdyby nie ty...
- Daj spokój, on nie jest zły. Nie wiem co mu się stało, ale na pewno sam by się prędko opamiętał.
Westchnęłam cicho. Miałam co do tego wątpliwości. Był wściekły i raczej zdeterminowany. Mógł i chciał zrobić mi krzywdę.
Roza i Lys niedługo potem się zebrali, przepraszając za wszystko. No halo, to nie oni chcieli mnie udusić. Zamknęłam dokładnie drzwi i pobiegłam na górę. Nie miałam już na nic ochoty ani siły, więc wzięłam tylko szybki prysznic i położyłam się. Ale nawet zasnąć nie mogłam, bo ciągle mi się wydawało, że Kastiel stoi nade mną z zamiarem dokończenia tego, co przerwał mu Lysander. Lysander, no właśnie... Zaintrygował mnie ten chłopak. Był taki miły i kulturalny. Nigdy wcześniej nie spotkałam takiego chłopaka, zwłaszcza w moim wieku. Raczej są zarozumiali i każdy tylko kombinuje jak zaliczyć kolejną pannę. Lys taki nie był. W sumie nie znałam go dobrze, prawie wcale go nie znałam, ale czułam, że jest... inny. Tak, inny w dobrym tego słowa znaczeniu. I te jego oczy... Wstałam i włączyłam komputer, a potem odpaliłam Internet. W wyszukiwarkę wpisałam hasło „dwukolorowe tęczówki”. Wyświetliło mi masę zdjęć dwu, a nawet trójkolorowych oczu i hasło „heterochromia”. Poczytałam o tym trochę, pooglądałam zdjęcia, nawet nie wiedząc, że pochłonęło mnie to na dwie godziny. Wreszcie poczułam, że jestem śpiąca. Wyłączyłam laptop i jakoś doczłapałam się do łóżka. Zasnęłam w przeciągu minuty.

sobota, 15 listopada 2014

1.

Byłam wściekła. Zdenerwowana chodziłam po swoim nowym pokoju i rozpakowywałam swoje rzeczy. Właśnie się przeprowadziliśmy, bo ojciec dostał lepszą propozycję pracy w innym mieście. Tylko że nikt nie pomyślał jak JA się z tym wszystkim czuję! Miasteczko, w którym do tej pory mieszkaliśmy nie było duże, ale miałam tam przyjaciół. I psa, który nie mógł z nami tu przylecieć. Rodzice oddali go do schroniska mimo moich próśb i gróźb, że przywiążę się do jego klatki i zostanę z nim. Chciałam to zrobić, tym bardziej, że Azor (wiem, mało oryginalne imię) skamlał i piszczał, gdy go zamykali. Bał się, a jak zaczęli mnie siłą od niego odciągać, szczekał i chciał rozwalić klatkę. Mój biedny. Znalazłam go, gdy był słodkim szczeniaczkiem i od tego czasu bardzo zżyliśmy się ze sobą. Nie pozwalał mnie krzywdzić, a ja jego. Tym razem go zawiodłam...
Na domiar złego już jutro mam zacząć nową szkołę. Słodki Amoris. Co to w ogóle za nazwa?! Nie wiem co za debil to wymyślił, ale już czułam, że to będzie jedna wielka masakra. Jaka nazwa, taka szkoła i uczniowie w niej.
Wreszcie skończyłam się rozpakowywać i zmęczona padłam na łóżko. Zamknęłam oczy i prawie zasnęłam, jednak mój spokój nie trwał długo, bo ktoś bez pukania wparował do mojego pokoju.
- Hej, siostra!
No tak, kogo innego mogłam się spodziewać. Chris uwalił się na moim łóżku, a właściwie to chyba na nie skoczył, bo całe aż się zatrzęsło.
- Odbiło ci?! - przywitałam go milutko. - Rozwalisz mi wyrko zanim zdążę się na nim przespać.
- O, masz już kogoś do przespania się? - Poruszył parę razy brwiami w górę i w dół. Za ten idiotyczny tekst dostał poduszką w łeb.
Na moje nieszczęście Chris to mój starszy o rok brat. Starszy wiekowo, ale intelektualnie jest jakieś kilka lat za mną. Jednym słowem - kretyn. Sądzę, że podmienili go w szpitalu, bo reszta rodziny jest przecież inteligentna. Tylko on taki... inny.
- Rozpakowałaś się już?
- A widzisz tu jakieś walizki albo pudła?
- No... - rozejrzał się - nie.
- No to teraz wyciągnij wniosek.
- Dobra, dobra, nie rób ze mnie debila!
Och, nie robię, braciszku, pomyślałam. Ty już nim jesteś.
- Hej, pograjmy w coś!
O nie. Tylko tego mi brakowało do „szczęścia”. Byłam zła, zmęczona, cholernie śpiąca i jedyne, czego chciałam, to szybki prysznic i sen z moim króliczkiem. Tak, śpię z maskotką. I co mi kto zrobi?
- Chris, nie chcę być niemiła, ale idź pomęcz glizdy w ogrodzie, co? Ja chcę spać. - I odwróciłam się na bok, plecami do niego.
- Ale... to właśnie było niemiłe!
Załapał. Szacun.
- Chris, ja serio ledwo patrzę na ślepia. Chcę się wykąpać i iść spać. Jutro po szkole porobimy coś razem, ok?
- Obiecujesz?
- Tak. - Resztkami sił wstałam, wypchnęłam go za drzwi i zamknęłam je na klucz. Odetchnęłam z ulgą. Czasem był jak dziecko, które wierzy w Świętego Mikołaja. W sumie... nie miałam stuprocentowej pewności, że on przestał.
Wzięłam piżamę, której nawet nie chowałam do szafy, bo wiedziałam, że zaraz będzie mi potrzebna i po cichu wymknęłam się do łazienki. Rozglądałam się, czy na horyzoncie nie ma Chrisa, ale z jego pokoju dobiegały głośne strzały, więc pewnie grał w jakąś durną grę, a to znaczyło, że mam go z głowy. Szybko się wykąpałam i wróciłam do pokoju. Nastawiłam budzik w telefonie i razem z moim króliczkiem wlazłam do łóżka.
Rano oczywiście miałam ochotę wyrzucić telefon przez okno. Zapomniałam go schować pod poduszkę i darł się na cały pokój. Po omacku znalazłam go na szafce nocnej i wyłączyłam budzik. Usiadłam na łóżku, przecierając oczy, ziewnęłam szeroko i spojrzałam na godzinę w telefonie. O cholera!
Wyskoczyłam jak z procy i otworzyłam szafę, z której wyjęłam pierwsze lepsze ciuchy. Pobiegłam do łazienki i patrząc w lustro, doznałam szoku i prawie zawału. Moje włosy... każdy w inną stronę! I do tego się pokręciły, bo wczoraj nie chciało mi się ich suszyć i poszłam spać z mokrymi. Cholera! Trudno, teraz nie mam czasu nad nimi pracować.
Szybko się wyszykowałam, a włosy związałam w koński ogon, żeby te cholerne loki tak bardzo nie rzucały się w oczy. Zbiegłam do kuchni, ale jedyne, co tam zastałam, to stos kanapek i karteczka od mamy, gdzie życzyła nam miłego pierwszego dnia szkoły. Prosiła też, żebym obudziła brata i dopilnowała, by zjadł śniadanie. Co ja, niańka jego czy co?! Mimo wszystko z jedną kanapką w zębach wróciłam na górę i tak jak on wczoraj bez pukania i tym bardziej pozwolenia wtargnęłam do jego pokoju. I się załamałam. Spał z głową na biurku! Pewnie grał do tak późnej godziny, że później nawet nie chciało mu się przejść do łóżka. Zaczęłam nim szturchać, szarpać.
- Chris, wstawaj! - Zero reakcji, jedynie głośniej chrapnął. - Chris! Wstawaj, musimy iść do szkoły!
- Idź sama, ja nie mam siły - mruknął w półśnie.
Znowu się wściekłam. Przez tego dupka się spóźnię, a on sobie nie idzie! Poszłam do swojego pokoju, który był obok, by wziąć torbę i zeszłam na dół. Parę minut potem biegłam na przystanek autobusowy. Szkoła była na drugim końcu miasta i niestety mogłam się tam dostać tylko autobusem. Bardzo zapchanym autobusem, w którym byłam ściśnięta przez dwóch spoconych facetów. Boże, ten dzień się dopiero zaczął, a ja już chcę, żeby się skończył.
W końcu autobus się zatrzymał na przystanku niedaleko szkoły, a ja mogłam wysiąść i odetchnąć świeżym powietrzem. Kawałek drogi musiałam jeszcze przejść na pieszo. Ze względu na swoje spóźnienie, przebiegłam ten odcinek. Rany, jaka ta szkoła wielka! Przecież ja się w niej na bank zgubię. Weszłam do środka i się przeraziłam, bo z wewnątrz szkoła wydawała się jeszcze większa. Na korytarzu było pełno uczniów, każdy z każdym rozmawiał i na pewno wiedzieli co, gdzie i jak. Postanowiłam poprosić o pomoc. Tylko pech chciał, że podeszłam do trzech niezbyt uprzejmych dziewczyn, z blondynką na czele. Blondi zmierzyła mnie wzrokiem.
- Hej... Nie wiecie może gdzie jest pokój dyrekcji? - spytałam grzecznie.
- Może wiemy, może nie. A co? - odparła blondyna, a tamte dwie się zaśmiały. Milutko, nie ma co.
- Jestem nowa i nie znam jeszcze tej szkoły.
- Nowa, tak? Cóż, nie lubimy nowych, więc radź sobie sama.
Poszły, śmiejąc się ohydnie. Dobra, próbujemy dalej. Zauważyłam dziewczynę z długimi białymi włosami, w fajnej sukience i butach na wysokim obcasie. Że też się w nich jeszcze nie zabiła. Wyglądała na miłą, więc do niej podeszłam.
- Hej. Szukam dyrektora. Jestem nowa i kompletnie się nie orientuję w tym wielkim świecie. - Zaśmiałam się. - Mogłabyś mi pomóc?
- Pewnie! Chodź, zaprowadzę cię! - Szybko się odwróciła, a jej włosy prawie uderzyły mnie w twarz. - A tak w ogóle, jestem Rozalia. - Podała mi swoją idealnie wypielęgnowaną dłoń.
- Natalie, miło mi.
Razem poszłyśmy do pokoju dyrektorki, jak się później okazało. Idąc tam, zdążyłam się dowiedzieć, że białowłosa ma chłopaka, który ma własny sklep z ubraniami i że Leo, bo tak się zwie jej wybranek serca ma brata, którego koniecznie muszę poznać. Matko, dziewczyna mówiła i mówiła, a naszej mety nie było widać. Ta szkoła serio jest ogromna.
- O, to tutaj! - powiedziała w końcu i uśmiechnęła się szeroko. Już zdążyłam zauważyć, że jest pozytywnie jebnięta.
Podziękowałam dziewczynie i weszłam do gabinetu, uprzednio oczywiście pukając i czekając na pozwolenie. Starsza pani w brzydko różowym stroju i okularach nie wyglądała na groźną. Siwy kok na czubku głowy dawał wrażenie, jakby rozmawiało się z własną babcią, a nie dyrektorką liceum. Przedstawiłam się, podałam jakieś dokumenty, a ona odesłała mnie do głównego gospodarza, nawet nie rzucając na papiery okiem. Wyszłam, odliczając od dziesięciu w dól, by się uspokoić. Cholera, to po to musiałam przejść przez całą budę, żeby teraz wrócić na jej początek?! Grr! Już nienawidzę tego miejsca.
Przynajmniej nie musiałam błądzić w ciemno, bo Roza cały czas sterczała pod gabinetem dyry i chyba na mnie czekała.
- A więc babunia znowu to zrobiła.
- Znowu? Co masz na myśli? - Zmarszczyłam brwi.
- Każdego „nowaka” odsyła od razu do Nataniela. Znaczy głównego gospodarza. Biedny, wysługuje się nim.
- Nie mogłaś mi tego od razu powiedzieć?! - zdenerwowałam się jeszcze bardziej. - Nie lazłabym tam, tylko od razu do tego całego Nataniela czy jak mu tam!
- S-sorry... - wydukała speszona i chyba wystraszona. Ups, za ostro, Natalie, za ostro. - N-nie pomyślałam...
Westchnęłam. Ledwo tu przyszłam, a już zastraszyłam niewinną dziewczynę.
- Nie, to ja przepraszam. Ten dzień nie zalicza się do moich ulubionych. Zresztą jak cały miesiąc...
Białowłosa skinęła głową i posłała mi krzepiący uśmiech. Jest urocza.
Zaprowadziła mnie do pokoju gospodarzy i dopiero wtedy się szybko ulotniła. Zaśmiałam się, kręcąc głową. Urocza i szalona. Zapukałam do drzwi i znów po cichym „proszę” weszłam do środka. Ożeż kurwa! Nawet w pokoju Chrisa nie ma takiego bajzlu! Wszędzie walały się papiery i teczki z dokumentami. Za biurkiem siedział blondyn w białej koszuli i niebieskim krawacie.
- Eee... cześć - zaczęłam inteligentnie. Chłopak dopiero teraz raczył oderwać wzrok od jakichś papierów. - Dyrektorka mnie tu przysłała. Jestem nowa.
Wyszedł zza biurka, przyglądając mi się. Co się tak gapisz?
- Poproszę twoją teczkę.
Szybko podałam mu swoje dokumenty, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Sztywniak z niego.
- Hm, zdaje się, że wszystko się zgadza.
- Zdaje się? Nie będę latać w tę i z powrotem, więc jeśli coś nie gra, to powiedz od razu - warknęłam.
Zaczerwienił się, co ciekawie kontrastowało z jego bladą cerą. Ale i tak nie pasowało to do faceta. Odchrząknął.
- W-wszystko jest w porządku. - Kolejny się przy mnie jąka. Super. - Witamy w liceum Słodki Amoris.
Ta, no siema. Już chciałam wyjść bez słowa, ale w ostatnim momencie mnie zatrzymał.
- Co znowu?
- Natalie Molière, tak? A kim jest Christopher Molière?
Cholera, zapomniałam o nim! Jego papierów oczywiście też przy sobie nie miałam. Co się jeszcze dzisiaj stanie?!
- To mój brat. Nie mógł dziś przyjść, bo... źle się czuje! Ale jutro dostarczy wszystko, co trzeba. - Już ja się o to postaram. Cholera, zawsze muszę świecić za niego oczami. Kiedyś go zabiję!
- Mam nadzieję, bo w przeciwnym razie dyrektorka może nie być taka łaskawa i zwyczajnie go nie przyjmie.
Och! Może to by nie było takie złe? Przynajmniej w szkole bym się z nim nie męczyła. Jednak nie jestem aż taką małpą.
- Jutro wszystko załatwimy! - Wyszłam tak szybko, że chłopak nie zdążył już powiedzieć ani słowa.
I co teraz? Zwiedziłabym szkołę, bo nawet nie wiem gdzie odbywają się lekcje, ale sama to ja się tu zgubię kilka razy! Postanowiłam, że wyjdę na dziedziniec. Zawsze to jakieś obeznanie terenu, nie? Wcisnęłam ręce w kieszenie swojej bluzy i opuściłam budynek szkoły.
Na ławce, a właściwie jej oparciu siedział czerwonowłosy chłopak i palił papierosa. Z pewnością był uczniem, więc czemu siedział tutaj? Lekcje jeszcze trwały.
- Cześć - przywitałam się, podchodząc do ławki, na której siedział. - Jestem Natalie.
Spojrzał na mnie, a potem po prostu odwrócił głowę. Niemowa czy co? Zaciągnął się fajką i wypuścił dym w moją stronę.
- Czy ja wyglądam jakby mnie to obchodziło?
O, jednak mówi. Ale serio, sami przyjemniaczki w tej budzie. Prychnęłam, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do szkoły. Nie chce pogadać z fajną dziewczyną, to nie. Jego strata.
- Ej! - zawołał, ale ja nie zareagowałam. - Fajne włosy!
Wściekłam się. Znowu. Już prawie zapomniałam, że moje włosy nawet związane w kitkę wyglądają dziś jak owca, a on musiał mi przypomnieć! Grr, okropny typek!
Akurat rozbrzmiał dzwonek na przerwę i z klas po prostu wysypali się uczniowie. Wśród tłumu zauważyłam białe włosy Rozalii.
- Roza! - krzyknęłam, idąc szybko w jej stronę. Ale na mojej drodze wyrósł chyba nauczyciel.
- Panienka Molière jak mniemam? - spytał oschle, ale to chyba było pytanie retoryczne. - Dlaczegóż to nie zaszczyciła nas panienka swoją obecnością na lekcji?
Już czekają mnie problemy? Zajebiście się zaczyna, nie ma co.
- Eee... zgubiłam się. Nie znam jeszcze tej szkoły, a jest taka duża...
- W takim razie następnym razem proszę poprosić kogoś o pomoc. Nie toleruję nieobecności ani spóźnień na moich zajęciach.
- Oczywiście, przepraszam bardzo.
Przez niego Rozalia mi uciekła, a chciałam ją poprosić, żeby oprowadziła mnie po szkole. Wybiegłam na dziedziniec, mając nadzieję, że tam ją złapię. Jest!
- Rozalia! Zaczekaj! - Podbiegłam do niej. Skubana, na tych obcasach chodziła szybciej niż ja w trampkach! - Dziewczyno, ale masz powera! Biegłam za tobą od szkoły!
- Wybacz, nie zauważyłam cię. Coś się stało?
- Nie, nie. Chciałam tylko spytać, czy nie mogłabyś mnie oprowadzić po szkole? Sama się tu zgubię!
- Och... Bardzo chętnie, ale może jutro? Teraz idę się spotkać z Leo i już tu dziś nie wrócę.
- Czyli to koniec zajęć na dzisiaj?
- Nie. - Zachichotała uroczo. - Zrywam się. Ale jestem pewna, że ktoś inny ci pomoże! Muszę lecieć, na razie!
I poszła.
- Ja cię mogę oprowadzić. - Usłyszałam przy uchu ten okropny głos. No nie, tylko nie on.
- Dzięki, już wolę sobie sama poradzić. - Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do szkoły.
- Boisz się mnie? - Czerwonowłosy typek szedł za mną.
- Ciebie? Nie, jesteś słaby.
- Słaby, tak? To czemu uciekasz?
- Bo nie jestem zainteresowana twoim towarzystwem. - Pozdrowiłam go środkowym palcem i przyspieszyłam kroku, zostawiając go w tyle.
Chyba się poddał, bo w szkole byłam sama. Cienias. Zaczęłam swoje „zwiedzanie” i po jakimś czasie... naprawdę się zgubiłam! Usiadłam pod ścianą i bezmyślnie gapiłam się na zegar wiszący na przeciwległej ścianie. Obserwowałam jak wskazówki wolno się przesuwają, sprawiając wrażenie, że czas stoi w miejscu. Modliłam się, żeby ktoś mnie tu znalazł.
I znalazł.
- Dalej chcesz sobie radzić sama?
W tamtym momencie poczułam do tego ciołka z czerwonymi włosami ogromną sympatię, mimo że był takim dupkiem. Wstałam i rzuciłam mu się na szyję, piszcząc jak kretynka. Po chwili dotarło do mnie co robię i odskoczyłam od niego jak poparzona.
- Sorry, to był odruch - mruknęłam zażenowana. Czemu nie znalazł mnie ktoś inny?! Nawet ten sztywniak, Nataniel czy jak mu tam.
- Spoko, nie było tak źle. - Uśmiechnął się cwaniacko. Głupi.
- Pomożesz mi czy będziemy tak stali?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej i machnął ręką, bym szła za nim. Prowadził mnie przez kręte ścieżki szkoły i tłumaczył co gdzie jest. Szczerze? Byłam w szoku. Nie wyglądał na pilnego ucznia, raczej na takiego, co chodzi do szkoły tylko dlatego, że rodzice mu każą, a i tak wszystko olewa i ledwo przechodzi z klasy do klasy. Jednak w terenie naszej budy był nieźle obeznany. Niestety nie zdążyłam na żadną lekcję, więc wyczuwałam problemy. Kastiel, bo tak miał na imię czerwonowłosy typek, nie odczepił się nawet po wyjściu ze szkoły. Na szczęście pamiętałam swój adres i poszliśmy tam pieszo. Chociaż to chyba było moje nieszczęście, bo Kastiel całą drogę mi dogryzał i się ze mnie wyśmiewał. Miałam ochotę czymś w niego rzucić.
- Dobra, tutaj mieszkam - powiedziałam, gdy doszliśmy do mojego domu. - Dzięki za oprowadzenie i odprowadzenie. Teraz już sobie poradzę.
- Nie zgubisz się w domu? Mówiłaś, że niedawno się tu wprowadziłaś. - I znowu ten wkurzający uśmieszek. Grr!
- Przysięgam, jeszcze jedno słowo i pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś!
Zaśmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu. Serio zaraz go kopnę! Pokazałam mu środkowy palec i weszłam do domu, od razu zamykając drzwi na klucz, żeby nie mógł wejść za mną.
Oczywiście nie było rodziców. Rzuciłam niedbale plecak i poszłam do kuchni, gdzie był mój brat.
- Siema. Jak tam pierwszy dzień w budzie? - spytał, zajadając się czymś, zapewne zupką chińską, bo sam nie umiał przygotować nic treściwszego.
- Okropnie. Nie zdążyłam na żadną lekcję, bo szkoła jest tak wielka, że się zgubiłam.
Parsknął śmiechem i się zakrztusił. Poklepałam go po plecach. Mocno.
- Ty się zgubiłaś? Przecież Ty wyjdziesz cało z każdej opresji!
- No i wyszłam, nie? Jestem tutaj, nie tkwię nie wiadomo gdzie. - Co tam, że pomógł mi gnojek, po którym kompletnie bym się tej pomocy nie spodziewała.
- Sama znalazłaś drogę? - Odstawił pustą miskę do zlewu. A umyć to nie łaska?
- Oczywiście! - Wypięłam dumnie pierś. Małe kłamstewko nie zaszkodzi. - Ale jutro na pewno będę mieć problemy. I ty też, jeśli nie pojawisz się w szkole ze wszystkimi dokumentami!
Machnął lekceważąco ręką. No zabiję go!
- Nie spinaj się tak, spoko. Obiecałaś mi, że po szkole coś razem porobimy.
Cholera, miałam nadzieję, że zapomni. Nie zapomniał i zaraz po tym, jak coś zjadłam, musiałam iść z nim pograć w jedną z jego okropnych strzelanek na kompie. Byłam zmuszona grać z nim do wieczora, aż w końcu zarządziłam, że idziemy spać. Na wszelki wypadek zabrałam mu laptop, żeby nie grał po kryjomu do rana. Mnie czekały w szkole nieprzyjemności, jemu na to nie pozwolę.

Powitanie!

Cześć! Będę tutaj pisać swoją historię na podstawie gry Słodki Flirt. Znacie? Polecam, cholernie wciąga.
Jestem ciekawa, czy ktoś to w ogóle będzie czytał...